Jacek Kazimierski. Kilka skojarzeń nasuwa się, gdy słyszymy to nazwisko. Od Grzegorza Szamotulskiego przez imprezy po Mariusza Pawełka. W rozmowie z trenerem naszych reprezentacyjnych bramkarzy, przeprowadzonej specjalnie dla portalu futbolnet.pl, nie został poruszony tylko ten drugi temat. Skupiliśmy się na sprawach stricte sportowych. Zapraszamy do lektury!
- Rozmawiamy w pawilonie medialnym Wisły. Co Pana sprowadza z powrotem do Krakowa?
- Muszę pozałatwiać formalności dotyczące zakończenia mojej pracy w tym klubie, a także kwestie mieszkaniowe.
- Nie tęskni Pan za „Białą Gwiazdą”?
- Tęsknię za każdym miejscem, w którym osiągnąłem sukces. Ale takie już jest życie zawodowego sportowca i trenera. Pracuję tam, gdzie zarabiam pieniądze i gdzie mnie chcą. Jeśli chodzi o Wisłę, świetnie wspominam współpracę z Maćkiem Skorżą. Oceniam jego umiejętności trenerskie bardzo wysoko.
- Nie było możliwości łączenia funkcji trenera bramkarzy w kadrze i Wiśle?
- W przypadku Wisły było to wykluczone.
- W drużynie narodowej Pana obowiązki będą się znacznie różnić od tych, jakie miał Pan w klubie.
- W reprezentacji bardziej skupię się na selekcji. Na pewno będę się kontaktował z ludźmi odpowiedzialnymi za szkolenie bramkarzy. Na razie koncentruję się na wybraniu odpowiedniej zawodników. Potem, kto wie? Może znowu trafię do jakiegoś klubu? Na pewno nie wykluczyłbym Wisły, której bardzo wiele zawdzięczam. To bardzo fajny klub, ma wspaniałych kibiców.
- W Krakowie odpowiedzialnym za szkolenie Mariusza Pawełka był Jacek Kazimierski. W jednym z wywiadów odniósł się Pan do krytyki, jaka często spada na tego bramkarza, mówiąc, że jest on już zaszczuty. Może Pawełek powinien skorzystać z pomocy psychologa?
- Wie pan, ja jestem od spraw szkoleniowych i treningów. Nie wiem, czy to dobry moment… ale błędy popełnia każdy bramkarz. Tyle, że po pomyłkach Pawełka często padają gole.
- Zgadza się Pan z opinią, że fatalny występ w niedawnym meczu z Danią będzie na nim ciążył do końca sezonu?
- Tak, na pewno będzie mu bardzo ciężko. Widzieliśmy, w jakim stylu Pawełek rozpoczął nowy rok. Może mu się to odbić czkawką. Z drugiej strony jednak, może go też wzmocnić. To kwestia tylko psychiki, bo umiejętnościowo ten chłopak na pewno sobie poradzi. Weźmy przykład Artura Boruca. Facet był numerem jeden w Celtiku. Ratował drużynę przed bolesnymi porażkami. Doskonale bronił w meczach Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Potem jedna wpadka, druga i opinia publiczna zaczęła z niego drwić. Szanuję krytykę, ale normalną, piłkarską. Zdaję sobie sprawę, że trzeba wytykać błędy, ale nie lubię, jak się robi z kogoś szmatę.
- Czy Pawełek po wspomnianej konfrontacji z Danią oddalił się od reprezentacji?
- W kadrze, szczególnie jeśli chodzi o golkiperów, jest duża konkurencja. Ligi zagraniczne, w których występują polscy bramkarze, zdecydowanie różnią się poziomem od naszej ekstraklasy. Niepowoływanie zawodników, którzy bronią w Celtiku, Arsenalu czy Manchesterze byłoby po prostu niesprawiedliwe.
- Jak z perspektywy czasu ocenia Pan sagę pt. „Testy bramkarzy w Wiśle Kraków”. Pojawiło się na nich aż dwudziestu aspirantów!
- Ale żaden dobry.
- Zaraz, zaraz, ale ktoś ich zapraszał.
- OK, dwóch-trzech niezłych było. Ciekawy piłkarz to Brazylijczyk, Marcelo Moretto albo Fin Henri Sillanpaa. Jeszcze jeden człowiek był, ale… uciekło mi teraz jego nazwisko. Weźmy przykładowo tych dwóch. Reszta to było zresztą jakieś kompletne nieporozumienie. Przecież oni do dziś nie potrafią sobie znaleźć klubu! Proszę pana, przyjeżdża do Wisły bramkarz i mówi, że jest zainteresowany grą w naszym klubie. Po trzech miesiącach dzwoni i znowu wyraża chęć gry. Ale skoro on przez ten czas nie znalazł pracodawcy, to chyba nie jest wartościowym zawodnikiem. Taki Sillanpaa broni cały czas u siebie w klubie. Jest powoływany do reprezentacji. Nawet nie jako pierwszy, czy drugi bramkarz, ale mimo wszystko przewija się przez drużynę narodową. Moretto natomiast bardzo mi się spodobał w jednym ze sparingów.
- Dlaczego więc go nie zatrudniliście?
- Przecież to nie ja płacę za bramkarza.
- Kto jak kto, ale Moretto kwot z kosmosu nie żądał.
- Wie pan, tu został faktycznie popełniony błąd. Ale to naprawdę nie ja decyduję, za kogo się płaci. Mam tylko powiedzieć, czy ktoś jest dobry, czy zły. Nie sztuką jest kupić bramkarza za pół miliona euro, który się nie nadaje do bronienia. Sztuką jest ściągnąć dobrego za 50 tysięcy euro.
- Wisła ostatecznie zdecydowała się zatrudnić Marcina Juszczyka, który… wraca do Krakowa po dwóch rundach spędzonych na cypryjskich boiskach. Jeśli ma on być konkurencją dla Pawełka, to dlaczego wcześniej z niego zrezygnowaliście?
- Byłem przeciwny jego odejściu. Po co takie zamieszanie? Po co robić sztuczny tłok z innymi bramkarzami? Przecież Marcin miał 22 lata. Wcześniej bronił w reprezentacjach juniorskich. Nie jest tak doświadczony jak „Mario”, ale jako jego zastępca całkowicie nadawał się do gry w polskiej lidze. Dlatego nie rozumiem ruchów – „zwalniamy Juszczyka, zatrudniamy nikogo”. Wiadomo, przyszedł 19-letni Ilie Cebanu. I to było niezłe posunięcie. Bo trójka: Pawełek, Juszczyk, Cebanu – spokojnie wystarcza na naszą ligę. Z jakiej racji szukano więc sztucznego napędzania dziennikarskiej fobii dotyczącej bramkarzy w Wiśle?
- Ta fobia napędzana była samą liczbą golkiperów, których sprawdzaliście.
- Ale jeśli ja się dowiaduję, że na testy przyjeżdża bramkarz i jest już na treningu, to ja muszę go przyjąć! Nie powiem – „hej, kolego, skąd się wziąłeś?”.
- Odejście Ilie Cebanu do Rubina Kazań zaskoczyło Pana?
- Mnie w obecnych czasach nic już nie zaskakuje. Dziś facet jedzie na mecz, gra świetnie i momentalnie ktoś go wychwyci. Są różne gusta i guściki. Dla jednego najlepszym piłkarzem był Maradona, dla drugiego Pele, a dla trzeciego Ronaldo lub Messi. Rubin nie wziąłby chłopaka, który nic nie potrafi.
- Po co w takim razie Wisła szukała konkurencji dla Pawełka, skoro miała w swoich szeregach zawodnika, którego umiejętności właśnie zostały docenione przez silny klub europejski?
- Nie wiem. Nie rozumiem tego.
- Wypuszczono do Rosji nieoszlifowany diament?
- Być może. To się okaże. Ilie jest niezwykle pracowity. Ma bardzo dobre warunki fizyczne. Zobaczymy, jak się rozwinie. Jeden bramkarz, mając dziewiętnaście lat przebija wszystkich umiejętnościami, a kilka lat później jest po prostu słaby.
- Dziewiętnaście lat ma trzeci bramkarz Wisły, Filip Kurto.
- I jego oceniam bardzo wysoko. Będzie świetny. Musi tylko mieć klub, który zdecyduje się w niego inwestować. Pasowałoby go wysłać na wypożyczenie.
- Jak wygląda ranking polskich bramkarzy według Jacka Kazimierskiego?
- Trudno mi ocenić na przykład takiego Łukasza Fabiańskiego, gdyż nie gra regularnie w podstawowej jedenastce Arsenalu. Tomek Kuszczak dobrze wypadł w ostatnich meczach ligowych, ale tu jest taki paradoks, bo do bramki Manchesteru wrócił Van der Sar. Niech pan mi teraz wytłumaczy albo po prostu zapyta Fergusona, dlaczego nie broni Kuszczak. On odpowie – „to nie jest pana sprawa, ja ustalam skład”.
- A którzy bramkarze występujący na polskich boiskach spodobali się Panu w jesieni?
- Kilku się wybiło, ale dopiero gra w europejskich pucharach zweryfikowałaby ich umiejętności. W polskiej lidze często zapomina się o błędach lub przegranych meczach. Zawsze mówi się o dobrych. A propos, jeśli o kimś mówi się non-stop, to znaczy, że mamy do czynienia z dobrym piłkarzem albo z facetem po prostu medialnym. Teraz na przykład o mnie się dużo pisze.
- Których polskich fachowców od szkolenia bramkarzy ocenia Pan najwyżej?
- Nie prowadzę takich klasyfikacji. Szanowanym trenerem jest Krzysiek Dowhań. I zgadzam się z tą opinią. Inni mogą pracować fajnie, ale nie mają gwarancji, czy bramkarze, którymi się opiekują, odniosą sukces. Przecież nie wytrenuje pan człowieka z ulicy na golkipera. Chłopak musi mieć charyzmę, talent i – przede wszystkim – predyspozycje do gry w bramce. Rolą trenera jest pomóc takiemu.
- Czy sukcesy Boruca, Fabiańskiego, a także Jana Muchy, naprawdę przypisuje Pan szczęściu, a nie umiejętnościom trenerskim Dowhania?
- Szczęście i dobra praca to dwa elementy, które składają się na rozwój dobrego piłkarza. Też miałem sporo szczęścia, że złapałem Wojtka Kowalewskiego czy Artura Boruca do Legii. Czy chociażby takiego Grześka Szamotulskiego. Albo Zbyszka Robakiewicza, którego wyciągnąłem z czwartej ligi, a on potem piłkarskiego Oskara zdobył! Miałem wyczucie. Popatrzmy na świętej pamięci Kazimierza Górskiego. Miał facet niesamowitego nosa. Świetnie selekcjonował i to wyniosło go na wyżyny trenerskiego zawodu.
- A wie Pan, jak Szamotulski ocenia warsztat Jacka Kazimierskiego?
- Często z siebie żartujemy i mówimy różne dziwne rzeczy.
- Monotonne treningi polegające tylko na strzelaniu i łapaniu – to też żart?
- Kiedy Grzesiek coś takiego powiedział?
- W ubiegłym roku.
- Grzesiu czasem jest taki złośliwy. Jak się powie na jego temat coś niekorzystnego, to on się odgryzie dwa razy. Robi to złośliwie. Wie pan, kiedy nie miał z kim trenować, to dzwonił do mnie i mnie prosił, żebym przygotował dla niego indywidualne zajęcia. Chyba o czymś to świadczy, prawda?
- Proszę na koniec sobie wyobrazić, że jest Pan na miejscu Macieja Skorży. Mariusz Pawełek popełnia kolejny błąd. Daje Pan szansę Juszczykowi lub Kurto?
- Tak, pozwalam grać komuś innemu. Oczywiście, jeśli te błędy byłyby nagminne. Kiedy mamy niewielką różnicę poziomów między bramkarzami, trzeba dać szansę rezerwowym. To zupełnie normalne.
- Wytrzymałby Kurto psychicznie?
- Oczywiście, że tak. Facet ma dziewiętnaście lat. Ja, gdy miałem osiemnaście, wszedłem do bramki Legii i występowałem u boku Kazimierza Deyny i Lesława Ćmikiewicza! Grałem i poradziłem sobie. Filip to nie jest nadpobudliwy Szamotulski, który ma pretensje do wszystkich, tylko nie do siebie.