Blog sportowy Tomka Ćwiąkały

06/11/2009

Małecki: Suszarki nie było

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 11:33
Tags: ,

Niewielu zawodników wzbudza tak skrajne emocje wśród kibiców, jak Patryk Małecki z Wisły Kraków. Słowa krytyki słyszy on głównie za nieszablonowe zachowania na boisku oraz za kontrowersyjne wypowiedzi. Wyróżnia się natomiast pracowitością, ambicją i przede wszystkim nieustępliwością. W rozmowie z futbolnet.pl odnosi się do kilku opinii, jakie pojawiły się ostatnio na jego temat.

- Na początku chciałbym Pana prosić o krótką samoocenę.

- Ciężko mi się wypowiadać na swój temat. Bliskie mi osoby wiedzą, że jestem normalnym człowiekiem.

- Wielu kibicom nie podoba się Pana zachowanie po zmarnowanych sytuacjach. Zdarza się Panu często robić znak krzyża, a następnie przeklinać.

- Nie obchodzi mnie, co o mnie mówią. Nie czytam bzdurnych komentarzy na swój temat. One tylko mnie śmieszą. Faktycznie, modlę się, ale nie przypominam sobie, żebym od razu potem pyskował. Wiadomo, że podczas meczu są nerwy i emocje, ale bez przesady.

- Rafał Boguski w rozmowie z futbolnet.pl powiedział, że Patryk Małecki został niedawno utemperowany…

- Możliwe, że zostałem utemperowany. Rzeczywiście, zmieniłem się po wejściu do pierwszej drużyny. Musiałem się podporządkować panującym w niej regułom. Zmądrzałem, zacząłem pracować nad sobą i to dało efekty. Okres wody sodowej mam już dawno za sobą. Nie jest tak, że Patryk Małecki gra i wszystko pięknie. Trzeba poświęcić sporo czasu na treningach z drużyną, a także w siłowni.

- Jeden z ekspertów telewizji Canal+ twierdzi, że podczas meczów ligowych jest Pan tak „nagrzany”, że w końcu otrzyma czerwoną kartkę.

- Na boisku panują spore emocje, ale żeby od razu czerwoną kartkę?! Nie zdarzyło mi się to jeszcze w lidze. Trzymam nerwy na wodzy.

- Długo trwały Pana negocjacje z Wisłą w sprawie nowego kontraktu. Czy ta sytuacja była irytująca?

- Przyznaję, że było to dla mnie strasznie męczące. Znaleźliśmy jednak w końcu kompromis, z którego, moim zdaniem, Wisła jest zadowolona. Ja tym bardziej, gdyż zależało mi na pozostaniu w klubie jak najdłużej. Wszyscy wiedzą, że Wisłę mam w sercu i cieszę się, że ta sytuacja jest już za mną.

- Powiedział Pan kiedyś, że jako młody piłkarz często oglądał na wystawach sklepów ubrania, które kosztowały po 150, 180 zł. Dziś Pana sytuacja materialna wygląda dużo lepiej. Na co teraz Patryk Małecki wydaje swoją pensję?

- Teraz zbieram pieniądze z myślą o przyszłości. Kupiłem niedawno mieszkanie, jestem w trakcie nabywania drugiego. Zdaję sobie sprawę, że nie mogę roztrwaniać swoich zarobków. Nie powiem jednak, że nie lubię zakupów. Zdarza mi się też wyskoczyć z przyjaciółmi do kina lub do fajnej knajpki.

- Czuje się Pan nowym idolem kibiców Wisły?

- Staram się robić to, co potrafię najlepiej, czyli jak najlepiej grać w piłkę. Sądzę, że zadowalam fanów, ale idolem się nie czuję. Na pewno znajdą się tacy, którzy twierdzą, że stać mnie na więcej, ale podkreślam – mam dopiero 21 lat i dużo nauki przed sobą. Jak na swój wiek, osiągnąłem całkiem sporo, ale wierzę, że jestem w stanie zajść jeszcze wyżej.

- W jednym z ostatnich numerów „Futbol News” pojawiła się informacja, że trzyma Pan z wiślackimi kibicami z grupy „Sharks”.

- W każdym klubie piłkarze poznają swoich kibiców i mają z nimi styczność. Ja lubię rozmawiać z ludźmi, często dyskutuję z sympatykami Wisły, ale żebym był w grupie „Sharks”, to pierwszy raz słyszę.

- Maciej Skorża, poproszony o komentarz w sprawie Pana nieskuteczności, powiedział, że Patryk Małecki zacznie pokazywać pełnię swoich umiejętności za około dwa lata.

- Cieszę się, że trener tak o mnie mówi. Wie, że jestem młodym zawodnikiem i nie zawsze będę strzelał gole. Moja forma nie zależy tak naprawdę tylko od skuteczności. Kilka gazet pisało niedawno, że Małecki idzie na króla strzelców, a ja te przymiarki przecież tonowałem. Bo nigdy nie byłem zawodnikiem bramkostrzelnym. To, że nie trafiłem do siatki przeciwników w ostatnich trzech meczach, nie oznacza, że jestem w słabej formie. Przecież jeśli nie strzelam, to asystuję. Chciałbym zdobywać bramki w każdym meczu, ale tak się nie da.

- Sir Alex Ferguson znany jest z doprowadzania swoich podopiecznych do porządku, stosując tak zwaną suszarkę. Polega ona na wykrzyczeniu wszystkich pretensji i uwag w twarz piłkarza z odległości kilku centymetrów. Zdarzały się Panu podobne sytuacje w karierze?

- Nie. Trener Wisły, Maciej Skorża, zawsze indywidualnie rozmawia z zawodnikami i mówi, co było dobre, a co złe. Wytyka błędy, ale nie w sposób złośliwy.

- Po przegranym 0:4 meczu młodzieżowej reprezentacji Polski z holenderskimi rówieśnikami ocenił Pan, że połowa zespołu nie nadaje się do gry w piłkę. Czy nie zdawał Pan sobie sprawy, że taka wypowiedź długo będzie wypominana?

- Ciągnie się to za mną do tej pory i jakoś nie biorę tego pod uwagę. Holandia pokazała, gdzie jesteśmy. Mam jednak nadzieję, że nasza sytuacja zmieni się na lepsze i nie będziemy już dostawać takich „młotów”. Po tym spotkaniu byłem zbulwersowany, ale nie powiedziałem, że wszyscy byli beznadziejni. Spora część chłopaków naprawdę ma przed sobą przyszłość. Mówię tu przede wszystkim o Szczęsnym, Gliku, Rybusie, Borysiuku, Grosickim czy Cetnarskim.

- Podpadł Pan w reprezentacji młodzieżowej, a niedługo potem przyszło powołanie do kadry seniorskiej. Przeszła Panu przez głowę myśl – „wreszcie mnie docenili”?

- Poczułem raczej dumę, bo nie spodziewałem się, że zostanę wybrany. Cieszę się, że Franciszek Smuda mnie dostrzegł. Była to dla mnie miła niespodzianka. Muszę udowodnić, że selekcjoner nie popełnił błędu. Teraz wszystko jest w moich nogach. W reprezentacji mogę zagrać na prawej i lewej pomocy, a także w ataku.

- Po ostatnim meczu sezonu 2008-09, przeciwko Śląskowi Wrocław, śpiewał Pan – „legła Warszawa”. Po wyznaczonym na jutro starciu Wisła Kraków kontra Legia Warszawa zamierza Pan… ponownie zaprezentować swe umiejętności wokalne?

- Myślę, że nie. Wtedy byłem rozemocjonowany, zdobyliśmy w końcu mistrzostwo Polski. O tytuł walczyliśmy do ostatniej kolejki. W najbliższym spotkaniu liczą się dla mnie tylko trzy punkty i wierzę, że to je zdobędziemy.

03/11/2009

Sandomierski: Interesują mnie punkty, a nie rekordy

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 21:58
Tags: ,

Piłkarze Jagiellonii Białystok nie przestają zadziwiać. Na początku sezonu ze znakomitej strony pokazał się Brazylijczyk Bruno. Potem kolej przyszła na Kamila Grosickiego. Ostatnio nowym idolem kibiców „Jagi” stał się 20-letni bramkarz, Grzegorz Sandomierski. Powód? Czyste konto w ostatnich pięciu meczach. Wszedł on tym samym do historii białostockiego klubu z rekordową – 549 i konto wciąż otwarte – serią minut bez puszczenia gola w ekstraklasie.

- Jakie znaczenie ma dla Pana ten wyczyn?

- Interesują mnie tylko zwycięstwa mojej drużyny. Ostatnio nie zawsze się to udawało, ale goli faktycznie nie puszczałem. Nie liczę jednak kolejnych minut bez wyciągania piłki z siatki. Do całej sytuacji podchodzę z dystansem. Została ona napompowana przez media.

- Czy po ostatnich świetnych występach czuje się Pan ważnym członkiem zespołu?

- Nie jestem kluczowym zawodnikiem Jagiellonii. W każdym meczu staram się jedynie dołożyć swoją cegiełkę. Na sukcesy pracuje cały zespół.

- Pańskie wejście do bramki zahamowało karierę innego obiecującego golkipera „Jagi” – Rafała Gikiewicza.

- No i co ja mogę powiedzieć? Takie jest życie. Do niedawna przecież to ja byłem zmiennikiem, ale ostatnio ciężko pracowałem i w końcu zostałem doceniony. Przełożyło się to na dobre występy w ostatnich meczach.

- Gikiewicz nie jest jedynym Pana konkurentem do walki o pozycję pierwszego bramkarza Jagiellonii. W odwodzie pozostaje jeszcze były reprezentant Polski, Grzegorz Szamotulski.

- Piłkarz ten samym swoim doświadczeniem i osobowością wzbudza pozytywne emocje, motywuje do pracy. Często zwraca mi uwagę, podpowiada, jak się odpowiednio ustawiać i zachowywać w bramce. Grzesiek jest bardzo fajnym kolegą.

- Krążą pogłoski, że podpadł kolegom z drużyny, bo powynosił jakieś tajemnice szatni…

- To jakieś głupie plotki, nic o tym nie wiem.

- W meczu z Polonią Warszawa doznał Pan niegroźnego, choć niebezpiecznie wyglądającego, urazu. Po zawodach przyznał Pan, że chyba Panu trochę odbiło podczas startu do biegnącego Michała Chałbińskiego. Takie sytuacje pokazują jednak, że Grzegorz Sandomierski potrafi włożyć głowę, tam gdzie inni nie wcisną nogi. A ta cecha jest bardzo mile widziana u bramkarzy…

- Chodziło mi o to, że spodziewaliśmy się odgwizdania spalonego. Faktycznie, coś mi jednak odbiło i ruszyłem do napastnika Polonii. Na szczęście nie straciliśmy bramki.

- Jagiellonia Białystok – odkrycie sezonu 2009-10?

- Niech zdecydują o tym dziennikarze. Fajnie, że media zwracają na nas uwagę, ale obyśmy już niedługo byli widoczni w środku tabeli ekstraklasy.

- Pana znakomite występy z pewnością przyciągną uwagę większych klubów…

- W tej chwili nie myślę o transferze. Przez dwa lata mam jeszcze ważny kontrakt z Jagiellonią i chcę zostać w Białymstoku jak najdłużej. Na razie nigdzie się nie wybieram.

- Rundę wiosenną sezonu 2006-07 spędził Pan w Lechu Poznań. Tam nie udało się jednak przebić.

- W Lechu stawia się na zawodników doświadczonych, a ja miałem wtedy zaledwie 17 lat. Bardzo wiele się nauczyłem od pana Zbigniewa Pleśnierowicza, z którym codziennie trenowałem. Poza tym życie z dala od domu pomogło mi się usamodzielnić. Pobyt w Poznaniu oceniam więc zdecydowanie na plus.

- W jednym z wywiadów wspomniał Pan o zamiarze kontynuowania nauki.

- Tak, myślę o studiowaniu na AWF w Białymstoku, na kierunku nauczyciel wychowania fizycznego.

- Ma Pan na swoim koncie występy w młodszych reprezentacjach Polski.

- W juniorskich rozegrałem dziesięć meczów. Kadra zawsze była dla mnie ogromnym wyróżnieniem, dlatego cieszyłem się z każdego powołania. Wysłuchanie hymnu narodowego przed rozpoczęciem meczu to coś wspaniałego. Tego uczucia nie da się opisać.

- Jeśli Pana obecna forma się utrzyma, kwestią czasu będzie debiut w dorosłej reprezentacji Polski.

- Nie wybiegam myślami daleko w przyszłość. Interesuje mnie, co będzie jutro na treningu i w najbliższym meczu ligowym. Skupiam się jedynie na dobrym bronieniu. Czas pokaże, czy zostanę dostrzeżony przez pana selekcjonera.

24/10/2009

Lenczyk: Nie odstawiono mnie na margines, a na boczny tor

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 23:52
Tags: ,

Jest jednym z najbardziej charyzmatycznych, a na pewno najbardziej doświadczonym, z pozostających w zawodzie polskich trenerów. Pomimo tego nikt w PZPN nie bierze poważnie pod uwagę jego kandydatury na fotel selekcjonera reprezentacji. W obszernej rozmowie z portalem futbolnet.pl pan Orest Lenczyk przedstawia swoją opinię na temat ekstraklasy, drużyny narodowej, a także nieco utopijną wizję tego, jak powinien wyglądać nasz futbol w przyszłości.

- Działacze PZPN, zapytani o ewentualną kandydaturę Oresta Lenczyka na trenera kadry, powiedzieli – niech przyśle swoje CV. Jak Pan się poczuł, słysząc takie słowa?

- Zdziwiłem się. W dalszym ciągu jestem członkiem Wydziału Szkolenia PZPN. Sześć lat pracowałem w zarządzie, jeździłem często do Warszawy i wszyscy mnie doskonale tam znają. Kiedyś byłem ponadto drugim trenerem Grzegorza Laty w Stali Mielec. Cała ta sytuacja jest dla mnie potwierdzeniem, że nie odstawiono mnie na margines, lecz na zupełnie boczny tor.

- Na miejsce Stefana Majewskiego powinno się zatrudnić Polaka czy raz jeszcze zaufać szkoleniowcowi z zagranicy?

- Przyszedł czas na trenerów, którzy będą pracować, a nie bawić się reprezentacją. Polscy szkoleniowcy najlepiej znają naszych zawodników. Proszę zwrócić uwagę, że w tej chwili obserwujemy koniec polskich piłkarzy występujących zagranicą.

- Czy Pana zdaniem powołanie do życia kadry U-23 ma sens?

- Proponowałem, żeby w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy mogli występować zawodnicy 23-letni, kandydujący do występów w ekstraklasie. Doszło jednak do tego, że wymyślono jakieś dziwaczne przepisy dopuszczające do gry jedynie trzech zawodników powyżej dwudziestego pierwszego roku życia oraz pozwalające na zmianę sześciu piłkarzy w trakcie meczu. W ten sposób szansę tracą gracze bardzo dobrzy, nie mieszczący się w pierwszych jedenastkach swoich klubów. Kiedy ktoś ma 23-24 lata, najważniejsze jest regularne występowanie na boisku. Niejednokrotnie bywa tak, że zawodnicy przez kilka tygodni nie grają, gdyż nie wolno im występować w Młodej Ekstraklasie.

- Wnioskuję więc, że jest Pan zwolennikiem reprezentacji do lat 23.

- Pod warunkiem, że nie będzie ona się mierzyła z byle kim. Trzeba dogadać się z innymi federacjami, aby sparingi rozgrywane były na wysokim poziomie. Powołania do niej muszą ponadto otrzymywać tylko kandydaci do pierwszej reprezentacji.

- Czy Marek Wasiluk, Pana podopieczny z Cracovii, może być uważany za pretendenta do kadry narodowej?

- Trzy lata temu chciałem go ściągnąć z Jagiellonii do Bełchatowa, ale zażądano za niego ogromnej kwoty. Od tamtego czasu nie zrobił spodziewanych postępów. Współwinni temu są wszyscy szkoleniowcy, którzy mieli z nim do czynienia. Do pewnego stopnia da się to teraz naprawić, ale z jednej strony potrzeba dużo czasu, a z drugiej cierpliwości nie tylko trenera, ale i osoby płacącej zawodnikowi. Wasiluk ma teraz problemy z wywalczeniem miejsca w pierwszej jedenastce Cracovii.

- Po obserwacji Mariusza Sachy na swoich pierwszych treningach w Krakowie też stwierdził Pan, że piłkarz ten przez ostatnie lata odpowiednio się nie rozwinął. Teraz, po dwóch miesiącach pracy Oresta Lenczyka, widać u niego spory progres.

- Gdy oglądałem go około czterech lat temu w Podbeskidziu, był lepszym zawodnikiem. Potem jednak cierpiał z powodu kontuzji. Nie jestem pewien, czy były one do końca wyleczone. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, kto w klubie gra na jego pozycji. Od dłuższego czasu zawodnikiem Cracovii jest Dariusz Pawlusiński, który notował naprawdę dobre występy, a po przyjściu Sachy miał problemy, żeby grać lepiej od niego. Można powiedzieć, że w tej chwili kombinujemy z ustawieniem obu stron flanek linii pomocy. Nasi zawodnicy nie są jeszcze do końca zgrani i nie mogę jeszcze powiedzieć – „to jest moja najlepsza jedenastka, która wystąpi w kolejnych meczach”. Powód takiej sytuacji to także nadmiar zawodników przeciętnych, którzy jednak jeszcze mogą eksplodować.

- Powiedział Pan kiedyś, że jednym z kłopotów Cracovii jest brak lidera. W szeregach których klubów ekstraklasy znajdują się obecnie prawdziwi boiskowi przywódcy?

- Istnieją dwa typy liderów – pierwszy, który tupnie nogą lub przeklnie, a pozostali wiedzą, co mają robić oraz drugi – ważniejszy – to ten, który narzuca swój styl gry drużynie. Takiego zawodnika miała Wisła w osobie Mauro Cantoro. W Legii tę rolę spełnia Maciej Iwański. Więcej spodziewałem się natomiast po Radosławie Majewskim, którego zdolności eksplodowały w Dyskobolii. Jest on przykładem młodzieży, która za młodu dostaje ogromne pieniądze, mija rok-dwa i nie ma chłopa. Majewskiego sprzedano, gdy Polonia Warszawa miała walczyć w europejskich pucharach. Po pozbyciu się takiego zawodnika Polonia ma to, co wszyscy widzimy. W Cracovii dwa lata temu Piotr Giza i Arkadiusz Baran w środku boiska decydowali o grze drużyny. Teraz braki mamy niemal na każdej pozycji. Dążę więc do ułożenia zdyscyplinowanej taktycznie jedenastki, która będzie potrafiła pokazywać swój styl w lidze. Nie wiem, czy zademonstruje też charakter, bo do tego potrzebni są charakterni ludzie, a na tę chwilę – co podkreślam po raz kolejny – lidera nie mamy, wskutek czego w pięciu meczach prowadzimy i nie potrafimy dowieźć tego wyniku do końca. Brakuje nam „wysłannika” trenera, który byłby w stanie właściwie w odpowiednim momencie zareagować. Nie należę do szkoleniowców stojących przy linii bocznej i ryczących do zawodników, dokąd mają kopnąć piłkę. Każdy inteligentny piłkarz powinien wiedzieć, jak się gra, a nie kopie. Czasem, oczywiście, trzeba im pomóc, tym bardziej że nie uprawiamy koszykówki czy innego sportu, w którym w każdej chwili można wymienić graczy. Każdą potyczkę na boisku traktuję jak bitwę, zwłaszcza, że na plac gry wychodzi się mając już jeden punkt. Często nie dochodzi do rozstrzygnięć, dzięki czemu tydzień poprzedzający następny mecz jest spokojniejszy. Po porażce, szczególnie przy ogromnej presji wyniku, jaka towarzyszy meczom ekstraklasy, „rannych” trzeba szybko doprowadzić do użytku.

- Presja w Cracovii będzie coraz większa, jeśli nie zaczniecie wygrywać…

- Gdy przejąłem tę drużynę, osiągnęła ona apogeum. Profesor Filipiak uznał, że tak dalej być nie może. Nie sądzę jednak, żeby postrzegał mnie jako cudotwórcę, choć zapewne wierzył, że pod moją wodzą Cracovia swe mecze na nowym stadionie będzie rozgrywać w ekstraklasie. W okienku transferowym dołączyli do nas między innymi Matusiak i Goliński. W międzyczasie straciliśmy na co najmniej pół roku Bartosza Ślusarskiego. Takich zawodników nie ściąga się z dnia na dzień i zostaliśmy z tym, co mamy. Pojawiali się także wolni zawodnicy, ale albo byli za słabi, albo żądali pieniędzy z kosmosu.

- Prasa informowała o zainteresowaniu Zbigniewem Zakrzewskim.

- W tym przypadku nie mieliśmy do czynienia z sytuacją zawodnik-klub, gdyż pojawiło się trzecie ogniwo, czyli menadżer, dla którego to, czy zawodnik gra, czy nie, ma absolutnie drugorzędne znaczenie. Najważniejsze, aby wyciągnąć pieniądze. Wszystko było na dobrej drodze i oczekiwałem Zakrzewskiego na naszym poprzednim zgrupowaniu w Spale. Dość szybko zaczęto jednak kombinować, że zawodnik dojedzie do nas w grudniu, że trzeba zapłacić dodatkowe pieniądze, że to wszystko nie jest takie proste… A było, bo dostałem wiadomość, że zawodnik zjawi się jutro w klubie. Wot żyzń, jak powiedział Rusek. Oto życie…

- Wróćmy jeszcze do kontuzji Ślusarskiego. Czy Jakub Grzegorzewski, Damian Misan lub Jakub Kaszuba byliby w stanie wskoczyć na jego miejsce?

- Wskoczyć to można do tramwaju, ale jest z tym coraz trudniej, gdyż drzwi w nowych pojazdach zamykają się dziś automatycznie. Kaszuba swoje szanse dostał. Przy obecnym składzie lepiej stosować taktykę 5-4-1, niż 4-4-2. W przypadku tego drugiego wariantu nawarstwiać się będą inne problemy. W klubie jestem od dwóch miesięcy, po kilka godzin oglądamy każdy rozegrany mecz, przeprowadzamy dziesiątki ćwiczeń. Jeżeli ktoś chce to robić inaczej, niech mi przedstawi argumenty. Zawsze można próbować „robić inaczej”, ale my postępujemy w taki, a nie inny sposób. Przed meczem nikt nie mówi, że dokonałem niewłaściwych wyborów. Po spotkaniu ja też mogę powiedzieć, co było źle.

- Między słupkami za to konkurencja jest większa niż w poprzednich sezonach. Marcin Cabaj notuje lepsze występy niż w rozgrywkach 2008-09, co jest między innymi efektem sprowadzenia Łukasza Merdy. Jak porównałby Pan tych dwóch bramkarzy?

- Doświadczenie przemawia na pewno za Cabajem. Merda przystał na propozycję ze strony Cracovii i w letnim okresie transferowym zdecydował się do nas dołączyć. Jest jeszcze Sławek Olszewski. Mamy więc trzech solidnie trenujących zawodników na tej pozycji. Ich forma progresywnie idzie w górę. Cabaj przez półtora miesiąca naprawdę się poprawił. Merda cierpiał w pewnym momencie z powodu bardzo bolesnej kontuzji małego palca lewej dłoni, który przez dwa tygodnie się nie zginał. Teraz czuje się lepiej i bierze udział w treningach. Rywalizacja nie gwarantuje jednak uniknięcia błędów w kolejnych meczach. Bramkarz jest niemal jak saper – myli się tylko raz. Przykład tego mieliśmy w niedawnym spotkaniu Ligi Mistrzów pomiędzy Realem Madryt a Milanem, gdzie nawet Casillas i Dida nie ustrzegli się pomyłek.

- Cracovia jest jedynym klubem w ekstraklasie, w którego składzie nie ma ani jednego obcokrajowca.

- Ale już mnie z pewnością kopią, że to powód wszelkiego zła. Przez lata szkoliłem i przygotowywałem wielu piłkarzy zagranicznych i pozostało mi trochę satysfakcji z tego, że byli oni brani pod uwagę w swoich reprezentacjach. W wyjściowych składach takich drużyn jak Wisła Kraków, Legia Warszawa czy Lech Poznań jest po kilku zawodników z zagranicy. Kolejne przykłady to Korona Kielce czy Jagiellonia Białystok. W kilku klubach z południa Polski grają Czesi i Słowacy. Należy więc zadać pytanie – gdzie jest polska piłka nożna? Jakie byłoby jej znaczenie bez obcokrajowców? Śmiem twierdzić, że gracze sprowadzeni z innych państw nie są aż tak dobrzy, żeby lekceważyć piłkarzy, którymi dysponujemy. Kto wie, czy przez ostatnie pięć lat nie zaniedbano szkolenia na najwyższym poziomie, nie zrobiono wiele, aby zapełnić kadry polskich klubów polskimi zawodnikami, ewentualnie dokooptowując dwóch znaczących graczy z zagranicy – takich, od których Polacy mogliby się czegoś nauczyć. Z Legią, mającą w składzie wielu obcokrajowców, zremisowaliśmy. Lecha pokonaliśmy. Wniosek z tego taki, że należy zająć się polskimi piłkarzami, którzy znajdują się na poziomie może nie wysokim, ale zwyżkującym i dawać im szanse gry oraz szkolenia w najlepszych klubach.

- Czy polscy zawodnicy w młodym wieku powinni szukać szczęścia w obcych ligach?

- Według menedżerów powinni grać w klubach zagranicznych. W interesie tej grupy ludzi jest przekonywanie zawodników, żeby zmieniali drużyny nawet co pół roku. W przeciwnym razie pośredników dotyka stagnacja finansowa. Wszystko zależy od warunków, jakie proponują kluby. Dajmy przykład Pawła Brożka. On bez Wisły nie byłby tym, kim jest – być może byłby lepszym piłkarzem, ale tego nie wiemy. Piłkarska wartość Wisły bez Brożka też byłaby zupełnie inna.

- Styl której drużyny ekstraklasy najbardziej się Panu podoba?

- W tej rundzie dobre wrażenie zrobiła na mnie Jagiellonia Białystok, mająca w swoich szeregach kilku niezłych, jak na polskie warunki, obcokrajowców. Wywierają oni duży wpływ na szybką i dokładną grę zespołu. Gdyby nie okoliczności pozaboiskowe, drużyna ta z pewnością znajdowałaby się w pierwszej trójce lub czwórce ekstraklasy. Jest ponadto kilka zespołów, które nie grają cudownie, ale – ku zaskoczeniu wielu ludzi – zdobywają sporo punktów. Przykładem Ruch Chorzów. W zespole tym zawodnicy doświadczeni nieźle się trzymają, a uzupełniają ich piłkarze młodsi jak Sadlok czy Sobiech. W ich pracy dostrzec można stabilizację.

- Jak radzi Pan sobie z zawodnikami trudnymi pod względem charakterologicznym? Trener Lenczyk preferuje piłkarzy pokornych czy mniej spokojnych jak Patryk Małecki lub Kamil Grosicki?

- Grzeczne dzieci to babcie kochają. Piłka nożna jest sportem walki. Charakter piłkarzy odgrywa coraz większą rolę, a Małecki jest właśnie przykładem zawodnika walecznego. Obaj gracze, o których pan wspomniał, są bardzo szybcy jak na polską ligę. Na boisku w związku z tym doskonale sobie radzą. Na chwilę obecną Małecki znajduje się w lepszym miejscu niż Grosicki. Chcę jednak zapytać, ile oni zarabiali w wieku siedemnastu lat? Pieniądze są dla mądrych ludzi. Najważniejsze, żeby piłkarz zdawał sobie sprawę, że kiedyś zakończy karierę i może zostać tylko z tym, co ma. Dlatego zawsze doradzałem zawodnikom naukę. Wielu piłkarzy interesuje tylko to, co robią na boisku, a nie kim będą za dwadzieścia lat. Jeżeli są oni mądrzy i otaczają się dobrymi opiekunami, to dobrze zainwestują zarobione pieniądze. Osioł natomiast kupi najlepszy samochód, pójdzie się upić do pubu i pobije dziennikarza. Zamiast zacząć kochać, będzie szukał łatwej rozrywki, a pokusy wokół tych, co mają pieniądze, są ogromne. Każde dziecko wychowywane jest przez rodziców, szkołę, środowisko i klub. Uważam, że ja zostałem dobrze wychowany, a i moje dzieci nie pogubiły się w swoim życiu, co dało mi dużą satysfakcję. Może było im łatwiej, bo nie zostały piłkarzami?

- Czy ma Pan żal do władz, że Cracovia swoje mecze w roli gospodarza musi rozgrywać w Sosnowcu? Do pewnego momentu sporo mówiło się o możliwości występów na stadionie Hutnika.

- Podniosłem kiedyś ten temat, a media go „połknęły”. Dziennikarzom zależy, żebym oskarżał wszystkich, ale na pewno była to sprawa do załatwienia. Jeżeli nie wiadomo, o co chodziło, to z pewnością poszło o pieniądze. Kraków zasługuje na cotygodniowe mecze ekstraklasy. Skorzystałby na tym Hutnik, który miałby i stadion, i pieniądze. Kto wie, czy w przyszłości nie zostałby trzecią znaczącą siłą piłkarską miasta?

- Co powinno się zrobić, aby uzdrowić polską piłkę?

- Byłoby bardzo dobrze, gdyby trzy najlepsze polskie kluby stać było na zatrudnianie najlepszych graczy z naszego kraju i zapewnianie im odpowiednich warunków sportowych i materialnych. Dla reprezentacji drużyny te byłyby kuźnią talentów, co ułatwiałoby także współpracę z selekcjonerem, ponieważ, jak pan pewnie pamięta, ostatnio jej brakowało. Najlepszy na to dowód to fakt, że nasza drużyna narodowa sprzed trzech lat to nie reprezentacja Polski, a reprezentacja Beenhakkera, a teraz do niedawna – Majewskiego. Kadra narodowa powinna składać się z absolutnie najlepszych zawodników, zaaprobowanych przez pięćdziesięciu polskich trenerów. Nie chodzi o to, aby pojechać na turniej i coś na nim osiągnąć bądź wrócić z pustymi rękoma. Należy wywindować naszą piłkę w takie miejsce, żeby za trzy, pięć czy dziesięć lat nie było problemu z zakwalifikowaniem się do mistrzostw świata i Europy. Od jedenastu biegających po boisku biedaków, wspieranych przez pięćdziesiąt tysięcy kibiców na stadionie, zależy wynik spotkania. Siła polskiego piłkarstwa znajduje się natomiast w dobrze zarządzanych klubach, w których pracować powinni absolutnie najlepsi polscy trenerzy. W dzisiejszych czasach szkoleniowców zmienia się bardzo często i z kapelusza wyciągane są zupełnie nieznane osoby. Brakuje nam elity trenerów znającej się na szkoleniu piłkarzy w naszych warunkach. Mówi się o „polskiej myśli szkoleniowej”, a moim zdaniem panuje w niej duży bałagan. Nie można patrzeć, jak się trenowało dziesięć lat temu. Trzeba obserwować lepszych i nie kopiować od nich, lecz wyciągać wnioski, a potem dostosowywać je do naszych warunków.

- Wróćmy jeszcze na koniec do Cracovii. W naszej rozmowie nie może zabraknąć pytania o najbliższy mecz, w którym na wyjeździe zmierzycie się z Odrą Wodzisław.

- Wolałbym jednak, żeby pan nie pytał. W klubie nie wyobrażamy sobie, żebyśmy nie wygrali, ale niestety tak samo jest u rywali. Odra znajduje się w jeszcze gorszej nawet sytuacji niż my. Sądzę, że sędzia może mieć spore problemy z tym meczem. Musimy się jednak skupić na grze i mieć nadzieję, że nasza praca przyniesie upragniony efekt – nie przez dwadzieścia minut, ale przez dziewięćdziesiąt kilka.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.