Od zera do bohatera – tak można podsumować ostatnie kilka miesięcy w karierze piłkarskiej obrońcy Cracovii, Piotra Polczaka. Zero – za kiepski występ w meczu Czechy – Polska. Bohater – za zatrzymanie napastników Wisły w derbowym starciu, zakończonym zwycięstwem „Pasów”.
A jaki był ogólnie dla niego rok 2009? „To po prostu kolejny etap mojej przygody z futbolem. Pod względem piłkarskim na pewno zrobiłem postęp i doświadczenie zebrane w tym roku na pewno zaprocentuje” – mówi 23-letni defensor w rozmowie z reporterem portalu futbolnet.pl.
- Rok 2009 rozpoczął się dla Piotra Polczaka obiecująco, od powołania na zgrupowanie reprezentacji Polski w Portugalii. Ósmego lutego w krajowym składzie drużyny narodowej wystąpił Pan w zremisowanym 1:1 meczu z Litwą.
- Nie lubię rozdrabniać poszczególnych meczów, zwłaszcza że konfrontacja ta miała miejsce prawie rok temu. Możliwość trenowania z kadrą była dla mnie wspaniałym doświadczeniem i kolejnym krokiem do przodu.
- Możliwość bronienia barw drużyny narodowej to duża nobilitacja. Gorzej wiodło się Panu w klubie. Dlaczego Cracovia rozgrywki 2008-09 zakończyła na zaledwie czternastym miejscu w ekstraklasie?
- W poprzednim sezonie po prostu źle wystartowaliśmy. Potem trenerzy się zmieniali, problemy się nawarstwiały i brakowało nam komfortu psychicznego. Punktów było mało, a kolejki mijały. Przez to nasza gra nie wyglądała za dobrze i nie mogliśmy rozwinąć skrzydeł.
- We wrześniu zagrał Pan w reprezentacji U-23 w potyczce z Walią. Utworzenie kadry w tej kategorii wiekowej spotkało się z ogromną krytyką, jako że zdecydowana większość europejskich federacji piłkarskich uznała, że nie potrzebuje takiego pomostu pomiędzy drużynami juniorskimi a kadrą seniorską. Czy Pan uważa, że wcielenie w życie tego pomysłu w Polsce miało jakikolwiek sens?
- Nie wiem, które federacje utworzyły reprezentacje do lat 23, nie wiem, jacy są przeciwnicy, ale myślę, że konfrontacje z rywalami z innych państw mogą nam pomóc w rozwoju. A wygrana 2:1 we wspomnianym przez pana meczu z Walią na pewno cieszy.
- Od tej potyczki minął miesiąc i zaczęło się wieszanie psów… na Piotrze Polczaku. Powodem słaby występ w przegranym 0:2 spotkaniu z Czechami w ramach eliminacji do mundialu. Czy był to najgorszy Pana mecz w 2009 roku?
- Rozpatruję to spotkanie pod względem sportowym i… nie uważam, żeby to był mój najgorszy mecz. Cała uwaga mediów niesłusznie skoncentrowała się na mnie. Zostało to bardzo rozdmuchane. Pomijam już, jaki był cel tego wszystkiego. Spotkanie z Czechami dało mi możliwość zmierzenia się z przeciwnikiem nietuzinkowym, z wyższej półki. Wcześniej nie miałem okazji rozgrywać takich meczów.
- Słychać w Pana głosie spory żal, gdy wypowiada się Pan na temat tej krytyki.
- Ale ja nie mam do nikogo żalu. Rozumiem, że jestem osobą publiczną i zawsze będę się spotykał z różnymi opiniami. Tyle że mój występ w starciu z Czechami dał kilku pseudokomentatorom i pseudodziennikarzom pretekst, aby mogli zaistnieć. Może oni chcieli wyładować w ten sposób swoje frustracje? Skupili się tylko na jednym meczu i tylko na mojej osobie. Tak to już bywa, że często szuka się kozła ofiarnego i tym razem ktoś sobie upatrzył właśnie mnie.
- Tydzień po tej konfrontacji w ligowym meczu z Polonią Bytom trafił Pan do swojej bramki i… krytyka osiągnęła apogeum. Jak się z czegoś takiego podnieść?
- Pozostaje praca, praca i jeszcze raz praca. Okresy dobre i złe przydarzają się każdemu i myślę, że nie ma sensu nawet tego komentować.
- Powiedział Pan kiedyś, że treningi u Leo Beenhakkera były ciężkie. A jak pracuje się z Orestem Lenczykiem, który funkcję trenera Cracovii pełni od sierpnia?
- U Beenhakkera faktycznie było intensywnie, gdyż zgrupowania reprezentacji trwają zwykle tydzień i przez ten czas trzeba się odpowiednio przygotować. Z trenerem klubowym pracuje się tygodniami, miesiącami i pewne sprawy można nadrobić. W reprezentacji natomiast wszystko się kumuluje. Czy treningi są cięższe czy lżejsze, to już pojęcie względne. Pan Lenczyk wniósł pewną zmianę i teraz widać, że nasza forma fizyczna jest zdecydowanie lepsza. Trzeba więc dalej iść tą drogą.
- Trenera tego postrzega się jako jednego z ojców największego sukcesu Cracovii w roku 2009 – wygranej w derbowym starciu z Wisłą. Jak wspomina Pan tę konfrontację?
- Mecze tego typu odbywają się dwa razy w roku i są bardzo prestiżowe. Skupiają uwagę całego Krakowa. W listopadowych derbach tak się złożyło, że znaleźliśmy sposób na pokonanie Wisły, co od dawien dawna się Cracovii nie udawało. Myślę, że był to jeden z moich lepszych meczów, także z uwagi na poziom rywali. Nie graliśmy przecież z zespołem niższej półki, ale z mistrzem Polski!
- Niedługo po tym starciu właściciel Waszego klubu, Janusz Filipiak, ogłosił odważne i długotrwałe plany inwestowania w Cracovię.
- Jeśli zrobi się choćby odrobinę kroku do przodu, to zawsze snuje się jakieś dalsze plany. Cieszę się, że profesor Filipiak cały czas jest przy Cracovii. Nawet w gorszym okresie powtarzał, że będzie przy nas i będzie nas dalej finansował i wspierał. Plany jednak planami, a ich realizację trzeba zostawić sztabowi szkoleniowemu i prezesom.
- W sierpniowej rozmowie z naszym portalem podkreślił Pan, że znad Cracovii trzeba przegnać fatum. Po którym meczu rundy jesiennej pomyślał Pan sobie, że zła passa już minęła?
- Przełomem była wygrana z Polonią Warszawa. To wyjazdowe zwycięstwo bardzo nas podbudowało i poprawiło nasze morale. Potem pokonaliśmy Wisłę. Pokazaliśmy w ten sposób, że Cracovia się podniosła.
- Zabrakło jednak kropki nad „i”, czyli zwycięstwa nad Lechią Gdańsk.
- Z przebiegu spotkania nie wyglądaliśmy źle. To był naprawdę dobry mecz, jeden z lepszych w naszym wykonaniu podczas obecnego sezonu. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, jakiś błąd i Lechia to wykorzystała. Nie udało nam się niestety wyrównać. Szkoda, naprawdę szkoda… Gdy gra się ostatni mecz przed przerwą, to człowiek chce go rozegrać bez kontuzji i zakończyć korzystnym wynikiem. Nasza seria czterech ligowych zwycięstw z rzędu została przerwana. W grze Cracovii widać jednak naprawdę duży postęp. Na wiosnę powinniśmy być jeszcze lepsi.
- Piotr Polczak kiedyś był człowiekiem Stefana Majewskiego, potem Leo Beenhakkera, a dzisiaj?
- Przy nazwisku każdego trenera pojawiają się nazwiska różnych piłkarzy. Każdy szkoleniowiec ma tak zwanych swoich zawodników i lubi na nich stawiać. Jest to oczywiście poparte dobrą grą i wysokimi umiejętnościami. Ja jednak nie uważam, żebym był człowiekiem Majewskiego lub Beenhakkera, ale zdaję sobie oczywiście sprawę, że tak się mówi.
- Wróćmy jeszcze do planów budowania „wielkiej Cracovii”. Chciałby Pan być częścią tego projektu, czy raczej wolałby zmienić klub na silniejszy?
- Nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Budowanie zespołu Cracovii zaczyna się teraz, ale efekty będzie widać za kilka sezonów. Jeśli chodzi o mój transfer, to wszystko zależy od działaczy. Mój kontrakt ważny jest jeszcze przez półtora roku i zobaczymy, jaki scenariusz napisze życie. Nie chcę składać żadnych deklaracji.
- Czy są w polskiej Ekstraklasie stoperzy, na których się Pan wzoruje?
- Bardzo solidnym zawodnikiem jest Arek Głowacki. Jego wysoki poziom wynika z wieloletniego doświadczenia. Wyróżnia się też Inaki Astiz. Konkretnego faworyta jednak nie mam. Wolę podpatrywać wielu polskich i zagranicznych obrońców, bo od każdego można się czegoś nauczyć.
- Zdradzi nam Pan swoje sylwestrowe plany?
- Nie mam tak naprawdę żadnych planów. Noc sylwestrową spędzę z rodziną, ale jeszcze nie wiem gdzie.
- A postanowienia noworoczne?
- Nie mam raczej takiego zwyczaju i nie myślałem o tym. Każdy by sobie życzył, żeby kariera szła w dobrym kierunku i żeby zdrowie było. To najważniejsze.