Blog sportowy Tomka Ćwiąkały

26/12/2009

Wahadełko Piotra Polczaka

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 11:49
Tags: ,

Od zera do bohatera – tak można podsumować ostatnie kilka miesięcy w karierze piłkarskiej obrońcy Cracovii, Piotra Polczaka. Zero – za kiepski występ w meczu Czechy – Polska. Bohater – za zatrzymanie napastników Wisły w derbowym starciu, zakończonym zwycięstwem „Pasów”.

A jaki był ogólnie dla niego rok 2009? „To po prostu kolejny etap mojej przygody z futbolem. Pod względem piłkarskim na pewno zrobiłem postęp i doświadczenie zebrane w tym roku na pewno zaprocentuje” – mówi 23-letni defensor w rozmowie z reporterem portalu futbolnet.pl.

- Rok 2009 rozpoczął się dla Piotra Polczaka obiecująco, od powołania na zgrupowanie reprezentacji Polski w Portugalii. Ósmego lutego w krajowym składzie drużyny narodowej wystąpił Pan w zremisowanym 1:1 meczu z Litwą.
- Nie lubię rozdrabniać poszczególnych meczów, zwłaszcza że konfrontacja ta miała miejsce prawie rok temu. Możliwość trenowania z kadrą była dla mnie wspaniałym doświadczeniem i kolejnym krokiem do przodu.

- Możliwość bronienia barw drużyny narodowej to duża nobilitacja. Gorzej wiodło się Panu w klubie. Dlaczego Cracovia rozgrywki 2008-09 zakończyła na zaledwie czternastym miejscu w ekstraklasie?

- W poprzednim sezonie po prostu źle wystartowaliśmy. Potem trenerzy się zmieniali, problemy się nawarstwiały i brakowało nam komfortu psychicznego. Punktów było mało, a kolejki mijały. Przez to nasza gra nie wyglądała za dobrze i nie mogliśmy rozwinąć skrzydeł.

- We wrześniu zagrał Pan w reprezentacji U-23 w potyczce z Walią. Utworzenie kadry w tej kategorii wiekowej spotkało się z ogromną krytyką, jako że zdecydowana większość europejskich federacji piłkarskich uznała, że nie potrzebuje takiego pomostu pomiędzy drużynami juniorskimi a kadrą seniorską. Czy Pan uważa, że wcielenie w życie tego pomysłu w Polsce miało jakikolwiek sens?
- Nie wiem, które federacje utworzyły reprezentacje do lat 23, nie wiem, jacy są przeciwnicy, ale myślę, że konfrontacje z rywalami z innych państw mogą nam pomóc w rozwoju. A wygrana 2:1 we wspomnianym przez pana meczu z Walią na pewno cieszy.

- Od tej potyczki minął miesiąc i zaczęło się wieszanie psów… na Piotrze Polczaku. Powodem słaby występ w przegranym 0:2 spotkaniu z Czechami w ramach eliminacji do mundialu. Czy był to najgorszy Pana mecz w 2009 roku?
- Rozpatruję to spotkanie pod względem sportowym i… nie uważam, żeby to był mój najgorszy mecz. Cała uwaga mediów niesłusznie skoncentrowała się na mnie. Zostało to bardzo rozdmuchane. Pomijam już, jaki był cel tego wszystkiego. Spotkanie z Czechami dało mi możliwość zmierzenia się z przeciwnikiem nietuzinkowym, z wyższej półki. Wcześniej nie miałem okazji rozgrywać takich meczów.

- Słychać w Pana głosie spory żal, gdy wypowiada się Pan na temat tej krytyki.
- Ale ja nie mam do nikogo żalu. Rozumiem, że jestem osobą publiczną i zawsze będę się spotykał z różnymi opiniami. Tyle że mój występ w starciu z Czechami dał kilku pseudokomentatorom i pseudodziennikarzom pretekst, aby mogli zaistnieć. Może oni chcieli wyładować w ten sposób swoje frustracje? Skupili się tylko na jednym meczu i tylko na mojej osobie. Tak to już bywa, że często szuka się kozła ofiarnego i tym razem ktoś sobie upatrzył właśnie mnie.

- Tydzień po tej konfrontacji w ligowym meczu z Polonią Bytom trafił Pan do swojej bramki i… krytyka osiągnęła apogeum. Jak się z czegoś takiego podnieść?
- Pozostaje praca, praca i jeszcze raz praca. Okresy dobre i złe przydarzają się każdemu i myślę, że nie ma sensu nawet tego komentować.

- Powiedział Pan kiedyś, że treningi u Leo Beenhakkera były ciężkie. A jak pracuje się z Orestem Lenczykiem, który funkcję trenera Cracovii pełni od sierpnia?

- U Beenhakkera faktycznie było intensywnie, gdyż zgrupowania reprezentacji trwają zwykle tydzień i przez ten czas trzeba się odpowiednio przygotować. Z trenerem klubowym pracuje się tygodniami, miesiącami i pewne sprawy można nadrobić. W reprezentacji natomiast wszystko się kumuluje. Czy treningi są cięższe czy lżejsze, to już pojęcie względne. Pan Lenczyk wniósł pewną zmianę i teraz widać, że nasza forma fizyczna jest zdecydowanie lepsza. Trzeba więc dalej iść tą drogą.

- Trenera tego postrzega się jako jednego z ojców największego sukcesu Cracovii w roku 2009 – wygranej w derbowym starciu z Wisłą. Jak wspomina Pan tę konfrontację?

- Mecze tego typu odbywają się dwa razy w roku i są bardzo prestiżowe. Skupiają uwagę całego Krakowa. W listopadowych derbach tak się złożyło, że znaleźliśmy sposób na pokonanie Wisły, co od dawien dawna się Cracovii nie udawało. Myślę, że był to jeden z moich lepszych meczów, także z uwagi na poziom rywali. Nie graliśmy przecież z zespołem niższej półki, ale z mistrzem Polski!

- Niedługo po tym starciu właściciel Waszego klubu, Janusz Filipiak, ogłosił odważne i długotrwałe plany inwestowania w Cracovię.
- Jeśli zrobi się choćby odrobinę kroku do przodu, to zawsze snuje się jakieś dalsze plany. Cieszę się, że profesor Filipiak cały czas jest przy Cracovii. Nawet w gorszym okresie powtarzał, że będzie przy nas i będzie nas dalej finansował i wspierał. Plany jednak planami, a ich realizację trzeba zostawić sztabowi szkoleniowemu i prezesom.

- W sierpniowej rozmowie z naszym portalem podkreślił Pan, że znad Cracovii trzeba przegnać fatum. Po którym meczu rundy jesiennej pomyślał Pan sobie, że zła passa już minęła?

- Przełomem była wygrana z Polonią Warszawa. To wyjazdowe zwycięstwo bardzo nas podbudowało i poprawiło nasze morale. Potem pokonaliśmy Wisłę. Pokazaliśmy w ten sposób, że Cracovia się podniosła.

- Zabrakło jednak kropki nad „i”, czyli zwycięstwa nad Lechią Gdańsk.
- Z przebiegu spotkania nie wyglądaliśmy źle. To był naprawdę dobry mecz, jeden z lepszych w naszym wykonaniu podczas obecnego sezonu. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, jakiś błąd i Lechia to wykorzystała. Nie udało nam się niestety wyrównać. Szkoda, naprawdę szkoda… Gdy gra się ostatni mecz przed przerwą, to człowiek chce go rozegrać bez kontuzji i zakończyć korzystnym wynikiem. Nasza seria czterech ligowych zwycięstw z rzędu została przerwana. W grze Cracovii widać jednak naprawdę duży postęp. Na wiosnę powinniśmy być jeszcze lepsi.

- Piotr Polczak kiedyś był człowiekiem Stefana Majewskiego, potem Leo Beenhakkera, a dzisiaj?
- Przy nazwisku każdego trenera pojawiają się nazwiska różnych piłkarzy. Każdy szkoleniowiec ma tak zwanych swoich zawodników i lubi na nich stawiać. Jest to oczywiście poparte dobrą grą i wysokimi umiejętnościami. Ja jednak nie uważam, żebym był człowiekiem Majewskiego lub Beenhakkera, ale zdaję sobie oczywiście sprawę, że tak się mówi.

- Wróćmy jeszcze do planów budowania „wielkiej Cracovii”. Chciałby Pan być częścią tego projektu, czy raczej wolałby zmienić klub na silniejszy?
- Nie wybiegajmy tak daleko w przyszłość. Budowanie zespołu Cracovii zaczyna się teraz, ale efekty będzie widać za kilka sezonów. Jeśli chodzi o mój transfer, to wszystko zależy od działaczy. Mój kontrakt ważny jest jeszcze przez półtora roku i zobaczymy, jaki scenariusz napisze życie. Nie chcę składać żadnych deklaracji.

- Czy są w polskiej Ekstraklasie stoperzy, na których się Pan wzoruje?
- Bardzo solidnym zawodnikiem jest Arek Głowacki. Jego wysoki poziom wynika z wieloletniego doświadczenia. Wyróżnia się też Inaki Astiz. Konkretnego faworyta jednak nie mam. Wolę podpatrywać wielu polskich i zagranicznych obrońców, bo od każdego można się czegoś nauczyć.

- Zdradzi nam Pan swoje sylwestrowe plany?
- Nie mam tak naprawdę żadnych planów. Noc sylwestrową spędzę z rodziną, ale jeszcze nie wiem gdzie.

- A postanowienia noworoczne?
- Nie mam raczej takiego zwyczaju i nie myślałem o tym. Każdy by sobie życzył, żeby kariera szła w dobrym kierunku i żeby zdrowie było. To najważniejsze.

25/12/2009

Czy Młoda Ekstraklasa to więzienie?

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 11:00
Tags:

Michała Globisza, trenera reprezentacji Polski juniorów, traktuje się w naszym kraju jako guru w sprawie szkolenia młodych piłkarzy. Biorąc pod uwagę listę jego osiągnięć oraz wychowanków, nie może to dziwić. Prowadzeni przez tego fachowca najzdolniejsi polscy 18-latkowie zdobyli w 2001 roku mistrzostwo Europy. Dwa lata wcześniej ten sam rocznik, jako kadra U-16, był drugi na Starym Kontynencie. Dlatego to właśnie Globisza postanowiliśmy zapytać o obecną sytuację młodych piłkarzy w Ekstraklasie, a także wrócić pamięcią do losów kilku jego byłych podopiecznych.

- Zacznijmy od tego, jakich zawodników określamy mianem młodych – mówi 63-letni trener. – Młody piłkarz to piłkarz nastoletni, od rocznika 1990 w dół. Włodzimierz Lubański, mając szesnaście lat, strzelał gole już dla seniorskiej reprezentacji Polski. Nie traktujmy więc 22-latków jako młodzieniaszków. Przejdźmy jednak do sedna sprawy. W tym przypadku „grupę młodych” rozszerzmy też na rocznik 1989. Wyróżniający się 20-latkowie to: Maciej Rybus, Maciej Sadlok, Grzegorz Sandomierski, Paweł Kal i Mateusz Siebert. Z niezłej strony pokazało się też kilku młodszych graczy. Mam tu na myśli Ariela Borysiuka, Marcina Kamińskiego, Mateusza Możdżenia, Artura Sobiecha, Mateusza Klicha, Piotra Malarczyka i Marcina Budzińskiego. Chciałbym dodać, że piłkarz wyróżniający się to taki, który rozegrał w lidze przynajmniej dziesięć meczów. Zanim pan zada pytanie, pozwolę sobie przedstawić małą statystykę. Policzyłem wszystkich wybijających się zawodników Ekstraklasy – urodzonych w roku 1989 i później. Wie pan, ilu ich jest? Dwunastu! Czyli 3 procent ligi. A takich, którzy rozegrali przynajmniej jeden, dwa mecze – zaledwie 27, czyli 7 procent

- Zdaniem trenera Oresta Lenczyka jednym z powodów takiej sytuacji jest zasypywanie Ekstraklasy przeciętnymi obcokrajowcami.
- Oczywiście. Nasz rynek jest często zaśmiecany zawodnikami zagranicznymi, którzy nie są lepsi od Polaków. Rozumiem, że w niektórych klubach obcokrajowcy odgrywają ważniejsze role. I dobrze, bo od nich mogą się też uczyć młodzi polscy piłkarze. Tak jest na całym świecie. Ale po co brać zawodników słabszych? Atrakcją jest ich kolor skóry, cena? Odbieramy w ten sposób miejsce naszym piłkarzom. A często tak naprawdę stawiając na młodych, można wygrywać mecze. Kontuzję odniesie piłkarz pierwszej jedenastki, wchodzi junior i nagle olśnienie…

- Pije Pan do Lecha Poznań, w którym wybili się Marcin Kamiński i Mateusz Możdżeń?
- Między innymi. Kamiński to wspaniały chłopak. Ma znakomite warunki fizyczne. Może występować na kilku pozycjach – na lewej obronie, jako stoper, defensywny pomocnik i skrzydłowy. Jest przy tym bardzo inteligentny. Do sportu podchodzi w sposób profesjonalny. Seniorska reprezentacja będzie miała z niego sporo pożytku.

- Jacek Zieliński, jak widać, stawia w „Kolejorzu” na młodych. Na drugim biegunie znajduje się natomiast trener Wisły Kraków, Maciej Skorża, który ze sporą nieufnością podchodzi do graczy nastoletnich.
- Taka bojaźń szkoleniowców ligowych jest dla mnie zrozumiała. Oni nie wiedzą, czy w następnym tygodniu wciąż będą piastować swe funkcje, przez co żyją w ciągłym strachu. Symbolem tej tragikomedii jest choćby Polonia Warszawa. Nieudany mecz w niedzielę przynosi komentarze w prasie i liczenie, ile procent ludzi chce zwolnienia danego szkoleniowca. Trenerzy ligowi boją się stawiać na młodych piłkarzy, gdyż mogą być oni uznani za powód porażki. Dlatego trochę ich rozumiem, ale… im trener odważniejszy, tym większe oklaski dla niego.

- We wspomnianej przeze mnie Wiśle pan Skorża do seniorskiej kadry włączył 17-letniego Sebastiana Leszczaka. Przyznał jednak, że głównym minusem tego napastnika jest charakter. Sam „Leszczu” w wywiadzie dla futbolnet.pl zaznaczył natomiast, że okres sodówki ma już za sobą. Chciałbym więc zapytać, jak się Panu pracuje z tym piłkarzem?
- Każdy trener reprezentacji lub klubowy musi być pedagogiem, wychowawcą i nauczycielem. W tym zawodzie trzeba umieć rozmawiać z zawodnikami „trudnymi”. Na jednego należy krzyknąć, na drugiego nie wolno. Szkoleniowcy dobrzy od niedobrych różnią się tym, że potrafią trafiać do różnych graczy. Nie zapominajmy, że tacy krnąbrni enfant terrible są często doskonali. Z Leszczakiem pracuję już dość długo, zaliczyliśmy razem kilka turniejów. Widzę teraz, że z nim trzeba rozmawiać jeden na jeden i otwarcie mówić, czego się od niego oczekuje. Wtedy sprawa jest jasna. Przeprowadziłem z Sebastianem kilka takich rozmów i nie mam do niego żadnych zastrzeżeń. Będzie się nam dobrze współpracowało, dopóki oczywiście nie przekroczy pewnej granicy.

- Czy taką granicę przekroczył Patryk Małecki, otwarcie krytykując swoich kolegów z reprezentacji U-21?
- Bez komentarza.

- Leszczak w Ekstraklasie grywa zaledwie ogony. Jest za to etatowym zawodnikiem Wisły w Młodej Ekstraklasie. Czy uważa Pan, że wprowadzenie tych rozgrywek w 2007 roku miało sens?
- Sam pomysł był doskonały, ale wymaga korekt, o których rozmawia się teraz głośno w PZPN i które zostaną wprowadzone. Nie możemy przecież dopuszczać do sytuacji, że zawodnik x przesunięty jest za karę do Młodej Ekstraklasy. Czy ona to jest jakieś więzienie?! To ma być liga dla młodych chłopców z każdego klubu. Bez obcokrajowców! Trzeba konsekwentnie eliminować błędy i nie pozwalać, żeby w Młodej grało tylu starszych i zagranicznych piłkarzy, ilu gra.

- Czytałem kiedyś wypowiedź lekarza sportowego, który stwierdził, że piłkarze w wieku Ariela Borysiuka nie powinni rozgrywać pięćdziesięciu meczów w sezonie, gdyż taki młody organizm zostanie szybko wyeksploatowany.
- We Francji mówi się, że juniorzy nie powinni rozgrywać więcej niż trzydzieści meczów. Powinni oni oczywiście być przy tym monitorowani i mądrze prowadzeni. A propos Borysiuka, przy każdym jego powołaniu kontaktowałem się z Mirosławem Trzeciakiem i Janem Urbanem, z którymi wspólnie ustalałem, czy mam po tego piłkarza sięgnąć. Czasami decydowaliśmy, że Ariel przyjedzie na kadrę, ale wystąpi tylko w jednym meczu. Dlatego bardzo ważne jest, żeby zawodnik był odpowiednio prowadzony. Jeśli taki piłkarz wraca po ciężkiej podróży ze zgrupowania reprezentacji i już następnego dnia gra, świadczy to o tym, że jego trener jest idiotą.

- Jednymi z największych gwiazd juniorskich reprezentacji, które prowadził Pan w ostatnich latach, byli Alan Stulin oraz Alabidyn Zeyn S-Latef. Dzisiaj pierwszy z tych dziewiętnastolatków występuje w rezerwach drugoligowego Kaiserslautern, a drugi nie łapie się do pierwszego składu… drugiej drużyny Sheffield United. Pytanie jest więc proste – co się z nimi stało?
- Zacznijmy może od ich promocji jako potencjalnych gwiazd. To nie ja promowałem tych piłkarzy, ale media. Taki zawodnik strzela dwie gole w kadrze juniorskiej, uznaje się go za gwiazdę i pyta, czy zagra na Euro 2012. Z tym trzeba uważać. Stulin w prowadzonej przeze mnie reprezentacji rocznika 1990 był podstawowym zawodnikiem. To świetnie wyszkolony lewonożny piłkarz. Jest jednak fizycznie dość kruchy. Tym niemniej mam nadzieję, że jego czas jeszcze przyjdzie i wybije się on w Kaiserslautern. Podobnego zdania jest trener kadry U-21, Andrzej Zamilski, u którego Alan zaliczył epizod. Drużyna ta opiera się na urodzonych w roku 1988. Za rok-dwa Stulin będzie więc jej podstawowym zawodnikiem. Dodam jeszcze, że on naprawdę chce grać dla Polski. Zeyn natomiast przegrał rywalizację we wspomnianej „drużynie 1990”. Nie chciałbym się wypowiadać na jego temat, gdyż nie wiem tak naprawdę, co teraz robi, gdyż nie mam z nim kontaktu.

- Inaczej potoczyły się losy chociażby Dawida Janczyka, który stracony czas w CSKA Moskwa nadrabia dziś w belgijskim Lokeren. I idzie mu coraz lepiej!
- Dawid to wspaniały chłopak i urodzony napastnik. Okres w CSKA był dla niego trudny przede wszystkim dlatego, że nie grał. W Belgii się zaaklimatyzował, gra i mamy tego efekty. Bardzo pochlebnie na jego temat wypowiadał się Włodek Lubański. Potwierdził, że Janczyk jest zawodnikiem niezwykle pracowitym i chętnym do rozwoju. Do najlepszego wieku piłkarskiego brakuje mu jeszcze paru lat.

- S-Latef w dorosłym futbolu się nie przebił, Janczyk wychodzi na prostą, a co z grzejącym ławę w Wigan Athletic, 20-letnim Tomaszem Cywką? Czy powinien on, Pana zdaniem, wrócić do Polski, aby w końcu doczekać się szansy na regularne występy?
- Nieważne, czy wróci. Ważne, żeby właśnie grał. Zwróćmy uwagę na Sebastiana Milę i Jarosława Fojuta, którzy zdecydowali się na powrót. Mila radzi sobie teraz bardzo dobrze. Fojutowi na drodze stanęła kontuzja, ale gdyby nie ona, też by grał. Michał Janota na przykład nie mógł znaleźć miejsca w Feyenoordzie, więc wypożyczono go do klubu o niższej klasie (Excelsior Rotterdam – przyp. red.), gdzie strzela gole i ma masę asyst. Podobnie jest z Grzegorzem Krychowiakiem. Właśnie z Bordeaux przeszedł do klubu z niższej ligi, do Stade Reims, i jego rozwija się prawidłowo.

- Którzy z Pana obecnych lub byłych podopiecznych będą odgrywać ważniejsze role w naszej reprezentacji podczas mistrzostw Europy w 2012 roku?
- To takie zabawowe pytanie. Szanse mają wszyscy, ale największe? Może Wojciech Szczęsny, Dawid Janczyk… Także większość złotych medalistów mistrzostw Europy U-18 z 2001 roku, czyli Paweł Brożek, Sebastian Mila, Tomasz Kuszczak, Paweł Golański, Wojciech Łobodziński. Oni wszyscy mają jeszcze przed sobą dwa i pół roku do turnieju. Przez ten okres może tak dużo się zmienić, że ciężko teraz wyrokować.

23/12/2009

Napastników mamy dobrych na papierze

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 12:28
Tags: ,

Po siedemnastu kolejkach Ekstraklasy piłkarze Legii Warszawa zajmują drugie miejsce. Jest ono w dużej mierze efektem znakomitych występów bramkarza Jana Muchy. Nie przeszły niezauważone przez skautów czołowych europejskich klubów. Czy bez Słowaka legioniści wciąż będą się liczyli w walce o mistrzostwo Polski 2010? Między innymi o tym rozmawiamy z żywą legendą klubu z Łazienkowskiej, Lucjanem Brychczym.

- Jaką ocenę wystawiłby Pan Legii za rundę jesienną i początek rewanżowej?
- Graliśmy bardzo nierówno. Oprócz meczów dobrych często zdarzały się wpadki. Słabo prezentowaliśmy się głównie na wyjazdach. W tabeli nasze miejsce jest nienajgorsze, punktowo też nie wyglądamy źle, ale chcąc zdobyć mistrzostwo będziemy musieli poprawić grę poza domem.

- W którym meczu Legia zaprezentowała się najlepiej?
- Tu pana zaskoczę. Najlepszy mecz rozegraliśmy w Wodzisławiu, gdzie… przegraliśmy 0:1 z zespołem, który się nie liczy. Powinniśmy wówczas pokonać Odrę różnicą co najmniej trzech goli.

- Proszę o ocenę poszczególnych formacji zespołu.
- Zacznijmy od bramkarza. Janek Mucha był klasą dla siebie i tego chyba nie muszę komentować. Zdecydowanie wyróżniała się poza tym para stoperów – Dickson Choto oraz Inaki Astiz. Boczni obrońcy grali różnie. Skrzydłowi może nie zawiedli na całej linii, ale oczekiwania wobec nich były większe. Chodzi mi tu zwłaszcza o Miroslava Radovicia. Nieźle prezentował się też w środku pola Maciej Iwański. Na wartości stracił za to Maciej Rybus, ale to chyba efekt przemęczenia. Napastników natomiast to mamy bardzo dobrych, ale tylko na papierze. Takesure Chinyamie, Marcinowi Mięcielowi i Bartłomiejowi Grzelakowi nie można przecież odmówić umiejętności, ale nie grali oni na swoim normalnym poziomie, gdyż nie byli odpowiednio przygotowani.

- Oprócz nich w ataku Legii figuruje także Adrian Paluchowski, który sezon rozpoczął od dwóch trafień w konfrontacji w Zagłębiem Lubin.
- Można powiedzieć, że zaliczył wtedy wejście smoka. Potem jego forma się jednak obniżyła, przez co nie łapał się do składu. To utalentowany chłopak i lepiej, żeby poszedł gdzieś na wypożyczenie. Taka właśnie opcja wchodzi teraz w grę.

- Bez entuzjazmu wypowiada się Pan na temat kadrowiczów – Iwańskiego i Rybusa.
- Ciężko mi powiedzieć, czy oni nadają się już do reprezentacji. W rundzie jesiennej nie byli pełnowartościowymi zawodnikami.

- Co Legii bardziej potrzebne – niezawodny Jan Mucha czy ewentualne pieniądze z jego transferu?

- To już sprawa działaczy, ale odejście Słowaka byłoby dla nas największą stratą. Ciężko go zastąpić. Nie dysponujemy obecnie zmiennikami o klasie Muchy.

- Które pozycje należy w Legii wzmocnić?
- Wzmocnić – to tak łatwo się mówi. Potrzeba nam dwóch zawodników, którzy od razu przebiliby się do pierwszego składu i poprowadzili grę. Samo uzupełnianie drużyny nie ma sensu.

- Marek Saganowski do Legii – jest coś na rzeczy?
- Było, ale ostatnio ucichło.

- Czy wiążecie plany na przyszłość z Tomaszem Kiełbowiczem i Bartłomiejem Grzelakiem?
- Ciężko mi powiedzieć. Jakieś rozmowy się toczą. Grzelak to dobry piłkarz, ale bardzo podatny na kontuzje. Trudno więc na niego w stu procentach liczyć. Co do Kiełbowicza, to niedługo dojdzie mu konkurencja w postaci Jakuba Wawrzyniaka. Zobaczymy, jak to wszystko się rozwiąże.

- Jak z perspektywy czasu oceniłby Pan słynną imprezę, jaką urządzili sobie Wasi piłkarze po porażce w Białymstoku?
- Nic wielkiego w sumie się nie stało, ale to wszystko było trochę nie na miejscu. Przecież oni przegrali wcześniej mecz! Dziwię im się, że tak łatwo się zgodzili na taki wypad. Po porażce nie powinni się publicznie pokazywać.

- Bohaterem tamtego meczu został niechciany w stolicy Kamil Grosicki. Nie żałujecie, że z niego zrezygnowaliście?
- Trochę żałujemy, ale… on sam jest sobie winien. Kilkakrotnie dostawał szansę, ale można powiedzieć, że poza boiskiem jej nie wykorzystał. Proszę pana, to taki zawodnik, że do niego zaufania nie ma. I to nie ze względów piłkarskich.

- Wisła Kraków ma nad Wami pięć punktów przewagi, ale w bezpośrednim starciu to Legia okazała się górą. Na czym więc polega wyższość „Białej Gwiazdy”?
- Jeśli chcemy zdobyć mistrza, nie wystarczy zwyciężać Wisłę, Lecha czy Ruch. Potraciliśmy punkty ze słabszymi teoretycznie zespołami. Zanotowaliśmy pięć remisów i dwie porażki. Za dużo tego. Wisła też miała swoje wpadki, ale była bardziej od Legii skoncentrowana. Gdy Paweł Brożek znajdował się w formie, krakowanie mieli dużą przewagę w ofensywie. Grali przy tym widowiskowo.

- Czego życzyć Legii w roku 2010?
- Przede wszystkim dobrych występów, odpowiedniego przygotowania i żeby naszych czołowych napastników omijały kontuzje. No i oczywiście sięgnięcia po tytuł.

- A Panu?
- Zdrowia, no i żebym doczekał tego mistrzostwa. Triumf na nowym stadionie byłby dla mnie wspaniałym przeżyciem. Długo na to czekam.

Następna strona »

Blog na WordPress.com.