„Pochodzę z faweli Cidade Nautica. Gdy padał deszcz, często nas zalewało. Osobistym sukcesem było więc dla mnie kupno domu dla matki – opowiada Marcelo, stoper Wisły Kraków, w długiej i szczerej rozmowie z reporterem portalu futbolnet.pl. Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu.
- Chodziłeś kiedyś na mecze jako kibic? Byłeś członkiem torcidy któregoś klubu?
- W dzieciństwie kibicowałem Santosowi, ale na stadion nigdy nie chodziłem.
- Dlaczego?
- Pochodzę z bardzo biednej rodziny. Nie miałem pieniędzy na bilety.
- Urodziłeś się w Sao Vicente, mieście położonym w stanie Sao Paulo. Co możesz powiedzieć o tej miejscowości?
- Nie jestem w stanie powiedzieć, ile ludzi mieszka w Sao Vicente, ale to dość małe miasto. Jest położone na wybrzeżu. Ma wiele pięknych plaż. Zawsze, gdy jestem poza domem, bardzo tęsknię za moim rodzinnym miastem.
- Opowiadasz o pozytywnych miejscach. Brazylia jednak w wielu filmach, jak na przykład „Elitarni” czy „Miasto Boga”, pokazywana jest przez pryzmat dzielnic biedy – faweli. Czy miałeś kiedyś okazję odwiedzić takie rejony?
- Sam pochodzę z faweli! Nazywa się ona Cidade Nautica. Oczywiście nie jest w niej tak niebezpiecznie jak w Rio de Janeiro. Mieszkałem z mamą i dwiema siostrami w małym domku. Gdy padał deszcz, często nas zalewało. Mieliśmy wiele problemów. Filmy, o których mówisz, faktycznie pokazują najgorszą stronę Brazylii. Ich celem jest jednak zrobienie wrażenie na ludziach, którzy będą to później oglądali. Dlatego wydaje mi się, że stereotyp lansowany przez te produkcje w niewielkim stopniu, ale jednak odbiega od rzeczywistości.
- Fawele są postrzegane jako siedlisko przestępstw i narkotyków…
- Ale to wszystko może cię spotkać nie tylko w faweli! Jeśli pochodzisz z takiego miejsca, znasz innych mieszkających tam ludzi, to życie może być naprawdę spokojne.
- Dzięki futbolowi warunki życia Twojej rodziny na pewno bardzo się poprawiły.
- Każdy brazylijski piłkarz, gdy zarobi pierwsze pieniądze, najpierw myśli o tym, żeby kupić dom dla swojej matki. Dopiero potem myśli się o sobie. Ja też tak zrobiłem i kupiłem mamie dom w miejscowości Santos. Był to dla mnie osobisty sukces, bo wyciągnąłem ją z miejsca przepełnionego biedą do normalnego miasta. Moje siostry mogą się teraz uczyć. Jedna studiuje język angielski, a druga chodzi jeszcze do szkoły podstawowej.
- Opowiedz więcej o Twoich rodzicach.
- Żyją oni w separacji. Ojciec jest policjantem i mieszka teraz z inną kobietą. Mama natomiast zajmuje się domem i opiekuje siostrami. Niezależnie od warunków finansowych zawsze podkreślała istotność nauki. Zależało jej, bym wyrósł na porządnego człowieka i optymistę. W życiu nie zawsze wszystko wychodzi, ale trzeba być optymistą. Uśmiech nie może nigdy cię opuścić.
- Zawód Twojego ojca musi się wiązać z wieloma niebezpieczeństwami.
- Takie jest życie… Trzeba przecież gdzieś pracować. On wybrał akurat taką drogę.
- Jaki był Twój stosunek do szkoły w dzieciństwie?
- Szczerze? Nie za bardzo lubiłem się uczyć. Gdy byłem w szkole, myślałem tylko o tym, żeby iść grać w piłkę. Utrudniało mi to moją sytuację i nie mogę powiedzieć, że byłem dobrym uczniem. Większych problemów z przechodzeniem do kolejnych klas jednak nie miałem. Szkołę podstawową ukończyłem w wieku piętnastu lat. Następnym etapem było trzyletnie liceum, kończące się egzaminami. Zdałem je, ale postawiłem na futbol.
- Na jakich lekcjach… najmniej myślałeś o piłce?
- Jeśli miałbym wybrać ulubione zajęcia, chyba byłaby to matematyka. Dziś natomiast bardzo dużo czasu poświęcam na naukę języka angielskiego. W Brazylii niestety nie kładzie się na to takiego nacisku jak w Europie. Nawet w waszym kraju prawie wszyscy potrafią się porozumieć w języku angielskim.
- Myślisz jeszcze o kontynuowaniu nauki na studiach?
- Tak, oczywiście. Po zakończeniu kariery chciałbym pracować w futbolu. Podoba mi się na przykład fizjoterapia. Myślałem też o tym, żeby zostać menedżerem. Może będę trenerem? Nie wiadomo, mam jeszcze bardzo dużo czasu.
- Gdzie poznałeś swoją narzeczoną, Tatianę?
- Gdy miałem dziewiętnaście lat, poznał nas mój przyjaciel. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Wyjazd ze mną do Polski był dla niej trudną decyzją. Wcześniej Tatiana pracowała w Brazylii i musiała to wszystko porzucić. Teraz myśli o znalezieniu pracy w Polsce, ale musi najpierw poprawić swój angielski. W Brazylii skończyła studia związane z administracją i zarządzaniem. Ja pracuję i chciałbym, żeby ona też mogła coś robić. Nie może przecież rezygnować ze wszystkiego tylko przeze mnie. Bez niej byłoby mi dużo trudniej. Cieszę się, że Tatiana jest ze mną w Polsce.
- Nie jesteś jedynym piłkarzem, który urodził się w Sao Vicente, wychował w faweli i piłkę zaczął kopać w Santosie…
- Wiem, kogo masz na myśli. Oczywiście to Robinho. Mieszkał w dzielnicy Bitaru, która jest położona blisko Cidade Nautica. Nie mogę powiedzieć, że razem się wychowywaliśmy, ale Robinho nieraz pojawiał się w mojej okolicy. Nie miałem jednak okazji zmierzyć się z nim w piłkę, gdyż jest ode mnie trochę starszy.
- W Brazylii popularną praktyką stosowaną przez kluby jest organizowanie masowych testów dla młodych piłkarzy, pochodzących w głównej mierze z biednych dzielnic, aby wyłowić największe talenty. Na takie sprawdziany umiejętności często wybierają się setki dzieciaków. Brałeś kiedyś w czymś takim udział?
- Tak, raz poszedłem na takie testy organizowane przez Santos FC. Miałem wtedy dwanaście lat. Właśnie wtedy rozpoczęła się moja przygoda z profesjonalnym futbolem! Wcześniej grałem też w piłkę, ale w hali.
- No to mamy kolejne podobieństwo do Robinho. „Futebol de salao” pozwala przede wszystkim rozwijać technikę i umiejętność podejmowania szybkich decyzji.
- Na pewno, ale ja jestem obrońcą, więc pod względem techniki nie miało to na mnie zbytniego wpływu. Niektóre brazylijskie kluby organizują treningi dla swoich piłkarzy właśnie w hali. Ta praktyka była jednak bardziej popularna przed kilkoma laty. Teraz raczej się od tego odchodzi. Wszystkiego tak naprawdę nauczyłem się grając w piłkę na normalnym boisku. I dalej się uczę.
- Kto wybrał Ci pozycję na boisku?
- Wydaje mi się, że sam to zrobiłem. Zawsze lubiłem grać na środku obrony, także z racji mojego wzrostu. Gdy byłem młodszy, obserwowałem w telewizji paragwajskiego obrońcę Carlosa Gamarrę, który występował w Internacionalu Porto Alegre i Corinthians Sao Paulo. Za wzór do naśladowania obrałem sobie jednak Lucio, który także bronił barw tego pierwszego klubu. Podoba mi się też drugi stoper reprezentacji Brazylii, Juan. Ich styl gry jest podobny do mojego. Są wysocy, szybcy i również strzelają gole.
- Grając w juniorskich zespołach Santosu miałeś okazję odwiedzić Europę.
- Podczas jednych wakacji polecieliśmy do Europy na turniej, w którym brały udział Sporting Lizbona i Bayern Monachium. Mecze rozgrywaliśmy w Szwajcarii i w Niemczech. Pamiętam, że wygraliśmy wówczas dwa spotkania, ale nie triumfowaliśmy w całych rozgrywkach. Była to dla mnie pierwsza okazja, żeby porównać futbol brazylijski z europejskim. Super doświadczenie.
- W barwach byłego klubu Pelego dwukrotnie uczestniczyłeś w Copa Libertadores. W roku 2007 dotarliście do półfinału. Rok później zatrzymaliście się na ćwierćfinale.
- Myślę, że turniej ten stoi na takim samym poziomie jak europejska Liga Mistrzów. Niezwykle trudno jest wygrać Copa Libertadores. Aby to osiągnąć, trzeba mieć silny i wyrównany zespół, aby rywalizować chociażby z Argentyńczykami, którzy są niezwykle ambitni i żądni zwycięstwa. Sama technika nie wystarczy.
- Kto grał wtedy pierwsze skrzypce w zespole Santosu?
- Zdecydowanie Ze Roberto. Byłem wówczas młodym, zaledwie dwudziestoletnim zawodnikiem i wiele się od niego nauczyłem. Ze Roberto to człowiek sukcesu. Jest on przy tym bardzo dobrym i religijnym człowiekiem. A to ważne, bo Bóg pomaga…
- Wspomniałeś kiedyś, że z Copa Libertadores najbardziej w pamięć zapadły Ci mecze z meksykańskim klubem America.
- Zmierzyliśmy się z nim dwukrotnie na słynnym stadionie Azteca. Wtedy po raz pierwszy miałem okazję wystąpić przed stu tysiącami kibiców. To wspaniałe doświadczenie na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Mecze te rozgrywaliśmy na dużej wysokości. Meksykanie byli przyzwyczajeni do tych warunków, a my, Brazylijczycy, mieliśmy problemy z oddychaniem. Ciężko też się grało w kolumbijskiej miejscowości Pasto z tamtejszym Deportivo. To miasto jest również położone bardzo wysoko. Z powodu takich, a nie innych warunków piłka przemieszcza się zdecydowanie szybciej. Piłkarze reagują więc inaczej. Po pierwszej połowie meczu trzeba oddychać czystym tlenem. Mnie te problemy też nie ominęły.
- A jak przy Estadio Azteca wypada Maracana, na której też dane Ci było wystąpić?
- Rozegrałem na niej cztery mecze. Podczas spotkania Santosu z Flamengo na trybunach zasiadło ponad sto tysięcy ludzi. To było niesamowite. W Europie miałem okazję grać na obiekcie Tottenhamu, ale tego się nie da porównać z Maracaną. Kiedy patrzysz na stadiony Barcelony, Realu Madryt czy Maracanę, przez głowę przechodzi ci tylko jedna myśl – „chcę tam zawsze grać”. Była to dla mnie olbrzymia motywacja.
- Przed mistrzostwami świata U-20, które odbyły się w 2007 roku w Kanadzie, trenowałeś z młodzieżową reprezentacją Brazylii. Jak wspominasz tamten okres?
- Dostałem od trenera Nelsona Rodriguesa powołanie na krótki obóz przygotowawczy do tego turnieju. W kadrze U-20 rozegrałem jeden kontrolny mecz, przeciwko jakiemuś małemu brazylijskiemu klubikowi. Wtedy nie było z nami jednak Marcelo z Realu Madryt czy Alexandre Pato. Przeciwko nim grałem jednak wcześniej w lidze brazylijskiej. Miałem okazję zamienić z nimi parę słów, ale nie mogę ich nazwać swoimi przyjaciółmi.
- To z kim z tamtej ekipy się trzymałeś?
- Z obecnym stoperem Panathinaikosu, Davidem Brazem. Utrzymuję z nim kontakt do dzisiaj i traktuję go jak przyjaciela. Był on w pewnym momencie nawet przymierzany do Wisły! Inny piłkarz z drużyny U-20, który w Wiśle miał okazję zagrać, to Beto. Nie miałem jednak żadnego udziału w ściągnięciu tego gracza do Polski. Szkoda, że mu się tutaj nie powiodło.
- Ze względu na Twoją mentalność oraz stosunek do sportu i życia można Ciebie stawiać jako wzór dla młodych zawodników. Wielu piłkarzom w tak młodym wieku woda sodowa uderza do głowy.
- Ja po prostu mam takie podejście. Jeśli ktoś chce pić, niech pije. Jeśli chce imprezować, niech imprezuje. To jego sprawa. Ale niech na boisku spełnia swoją rolę. Jeśli strzelisz trzy gole, nie mogę ci zabronić zabawy. Ale ja tego nie lubię i nie potrzebuję.
- Czym więc zajmujesz się w wolnym czasie?
- Ostatnio dużo czytam. Niedawno przeczytałem autobiografię Pelego.
- Niektórzy piłkarze oglądają swoje mecze po ich zakończeniu. Ty też stosujesz taką praktykę?
- Tak, oglądam każdy mecz, w którym brałem udział. W ten sposób dokonuję samooceny i wiem, nad czym muszę jeszcze pracować. Chcę osiągnąć poziom, jaki prezentują zawodnicy występujący w Champions League. Myślę, że jest to możliwe nawet w Polsce. Wydaje mi się, że wasz futbol jest coraz lepiej postrzegany na świecie. Duża w tym zasługa mistrzostw Europy, które będziecie organizować w 2012 roku.
- Dwa lata później Brazylia będzie gospodarzem mundialu. Czy uważasz, że ta impreza pozwoli zmienić stereotyp Kraju Kawy jako państwa niebezpiecznego, zalanego narkotykami i przestępczością?
- Oczywiście. Pokażemy, że Brazylia to kraj szczęśliwy, pełen radości i przede wszystkim bezpieczny.