Blog sportowy Tomka Ćwiąkały

23/12/2009

Napastników mamy dobrych na papierze

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 12:28
Tags: ,

Po siedemnastu kolejkach Ekstraklasy piłkarze Legii Warszawa zajmują drugie miejsce. Jest ono w dużej mierze efektem znakomitych występów bramkarza Jana Muchy. Nie przeszły niezauważone przez skautów czołowych europejskich klubów. Czy bez Słowaka legioniści wciąż będą się liczyli w walce o mistrzostwo Polski 2010? Między innymi o tym rozmawiamy z żywą legendą klubu z Łazienkowskiej, Lucjanem Brychczym.

- Jaką ocenę wystawiłby Pan Legii za rundę jesienną i początek rewanżowej?
- Graliśmy bardzo nierówno. Oprócz meczów dobrych często zdarzały się wpadki. Słabo prezentowaliśmy się głównie na wyjazdach. W tabeli nasze miejsce jest nienajgorsze, punktowo też nie wyglądamy źle, ale chcąc zdobyć mistrzostwo będziemy musieli poprawić grę poza domem.

- W którym meczu Legia zaprezentowała się najlepiej?
- Tu pana zaskoczę. Najlepszy mecz rozegraliśmy w Wodzisławiu, gdzie… przegraliśmy 0:1 z zespołem, który się nie liczy. Powinniśmy wówczas pokonać Odrę różnicą co najmniej trzech goli.

- Proszę o ocenę poszczególnych formacji zespołu.
- Zacznijmy od bramkarza. Janek Mucha był klasą dla siebie i tego chyba nie muszę komentować. Zdecydowanie wyróżniała się poza tym para stoperów – Dickson Choto oraz Inaki Astiz. Boczni obrońcy grali różnie. Skrzydłowi może nie zawiedli na całej linii, ale oczekiwania wobec nich były większe. Chodzi mi tu zwłaszcza o Miroslava Radovicia. Nieźle prezentował się też w środku pola Maciej Iwański. Na wartości stracił za to Maciej Rybus, ale to chyba efekt przemęczenia. Napastników natomiast to mamy bardzo dobrych, ale tylko na papierze. Takesure Chinyamie, Marcinowi Mięcielowi i Bartłomiejowi Grzelakowi nie można przecież odmówić umiejętności, ale nie grali oni na swoim normalnym poziomie, gdyż nie byli odpowiednio przygotowani.

- Oprócz nich w ataku Legii figuruje także Adrian Paluchowski, który sezon rozpoczął od dwóch trafień w konfrontacji w Zagłębiem Lubin.
- Można powiedzieć, że zaliczył wtedy wejście smoka. Potem jego forma się jednak obniżyła, przez co nie łapał się do składu. To utalentowany chłopak i lepiej, żeby poszedł gdzieś na wypożyczenie. Taka właśnie opcja wchodzi teraz w grę.

- Bez entuzjazmu wypowiada się Pan na temat kadrowiczów – Iwańskiego i Rybusa.
- Ciężko mi powiedzieć, czy oni nadają się już do reprezentacji. W rundzie jesiennej nie byli pełnowartościowymi zawodnikami.

- Co Legii bardziej potrzebne – niezawodny Jan Mucha czy ewentualne pieniądze z jego transferu?

- To już sprawa działaczy, ale odejście Słowaka byłoby dla nas największą stratą. Ciężko go zastąpić. Nie dysponujemy obecnie zmiennikami o klasie Muchy.

- Które pozycje należy w Legii wzmocnić?
- Wzmocnić – to tak łatwo się mówi. Potrzeba nam dwóch zawodników, którzy od razu przebiliby się do pierwszego składu i poprowadzili grę. Samo uzupełnianie drużyny nie ma sensu.

- Marek Saganowski do Legii – jest coś na rzeczy?
- Było, ale ostatnio ucichło.

- Czy wiążecie plany na przyszłość z Tomaszem Kiełbowiczem i Bartłomiejem Grzelakiem?
- Ciężko mi powiedzieć. Jakieś rozmowy się toczą. Grzelak to dobry piłkarz, ale bardzo podatny na kontuzje. Trudno więc na niego w stu procentach liczyć. Co do Kiełbowicza, to niedługo dojdzie mu konkurencja w postaci Jakuba Wawrzyniaka. Zobaczymy, jak to wszystko się rozwiąże.

- Jak z perspektywy czasu oceniłby Pan słynną imprezę, jaką urządzili sobie Wasi piłkarze po porażce w Białymstoku?
- Nic wielkiego w sumie się nie stało, ale to wszystko było trochę nie na miejscu. Przecież oni przegrali wcześniej mecz! Dziwię im się, że tak łatwo się zgodzili na taki wypad. Po porażce nie powinni się publicznie pokazywać.

- Bohaterem tamtego meczu został niechciany w stolicy Kamil Grosicki. Nie żałujecie, że z niego zrezygnowaliście?
- Trochę żałujemy, ale… on sam jest sobie winien. Kilkakrotnie dostawał szansę, ale można powiedzieć, że poza boiskiem jej nie wykorzystał. Proszę pana, to taki zawodnik, że do niego zaufania nie ma. I to nie ze względów piłkarskich.

- Wisła Kraków ma nad Wami pięć punktów przewagi, ale w bezpośrednim starciu to Legia okazała się górą. Na czym więc polega wyższość „Białej Gwiazdy”?
- Jeśli chcemy zdobyć mistrza, nie wystarczy zwyciężać Wisłę, Lecha czy Ruch. Potraciliśmy punkty ze słabszymi teoretycznie zespołami. Zanotowaliśmy pięć remisów i dwie porażki. Za dużo tego. Wisła też miała swoje wpadki, ale była bardziej od Legii skoncentrowana. Gdy Paweł Brożek znajdował się w formie, krakowanie mieli dużą przewagę w ofensywie. Grali przy tym widowiskowo.

- Czego życzyć Legii w roku 2010?
- Przede wszystkim dobrych występów, odpowiedniego przygotowania i żeby naszych czołowych napastników omijały kontuzje. No i oczywiście sięgnięcia po tytuł.

- A Panu?
- Zdrowia, no i żebym doczekał tego mistrzostwa. Triumf na nowym stadionie byłby dla mnie wspaniałym przeżyciem. Długo na to czekam.

19/12/2009

Nie miałem pieniędzy na bilety

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 15:10
Tags: , , ,

„Pochodzę z faweli Cidade Nautica. Gdy padał deszcz, często nas zalewało. Osobistym sukcesem było więc dla mnie kupno domu dla matki – opowiada Marcelo, stoper Wisły Kraków, w długiej i szczerej rozmowie z reporterem portalu futbolnet.pl. Zapraszamy do lektury drugiej części wywiadu.

- Chodziłeś kiedyś na mecze jako kibic? Byłeś członkiem torcidy któregoś klubu?
- W dzieciństwie kibicowałem Santosowi, ale na stadion nigdy nie chodziłem.

- Dlaczego?
- Pochodzę z bardzo biednej rodziny. Nie miałem pieniędzy na bilety.

- Urodziłeś się w Sao Vicente, mieście położonym w stanie Sao Paulo. Co możesz powiedzieć o tej miejscowości?
- Nie jestem w stanie powiedzieć, ile ludzi mieszka w Sao Vicente, ale to dość małe miasto. Jest położone na wybrzeżu. Ma wiele pięknych plaż. Zawsze, gdy jestem poza domem, bardzo tęsknię za moim rodzinnym miastem.

- Opowiadasz o pozytywnych miejscach. Brazylia jednak w wielu filmach, jak na przykład „Elitarni” czy „Miasto Boga”, pokazywana jest przez pryzmat dzielnic biedy – faweli. Czy miałeś kiedyś okazję odwiedzić takie rejony?
- Sam pochodzę z faweli! Nazywa się ona Cidade Nautica. Oczywiście nie jest w niej tak niebezpiecznie jak w Rio de Janeiro. Mieszkałem z mamą i dwiema siostrami w małym domku. Gdy padał deszcz, często nas zalewało. Mieliśmy wiele problemów. Filmy, o których mówisz, faktycznie pokazują najgorszą stronę Brazylii. Ich celem jest jednak zrobienie wrażenie na ludziach, którzy będą to później oglądali. Dlatego wydaje mi się, że stereotyp lansowany przez te produkcje w niewielkim stopniu, ale jednak odbiega od rzeczywistości.

- Fawele są postrzegane jako siedlisko przestępstw i narkotyków…
- Ale to wszystko może cię spotkać nie tylko w faweli! Jeśli pochodzisz z takiego miejsca, znasz innych mieszkających tam ludzi, to życie może być naprawdę spokojne.

- Dzięki futbolowi warunki życia Twojej rodziny na pewno bardzo się poprawiły.
- Każdy brazylijski piłkarz, gdy zarobi pierwsze pieniądze, najpierw myśli o tym, żeby kupić dom dla swojej matki. Dopiero potem myśli się o sobie. Ja też tak zrobiłem i kupiłem mamie dom w miejscowości Santos. Był to dla mnie osobisty sukces, bo wyciągnąłem ją z miejsca przepełnionego biedą do normalnego miasta. Moje siostry mogą się teraz uczyć. Jedna studiuje język angielski, a druga chodzi jeszcze do szkoły podstawowej.

- Opowiedz więcej o Twoich rodzicach.

- Żyją oni w separacji. Ojciec jest policjantem i mieszka teraz z inną kobietą. Mama natomiast zajmuje się domem i opiekuje siostrami. Niezależnie od warunków finansowych zawsze podkreślała istotność nauki. Zależało jej, bym wyrósł na porządnego człowieka i optymistę. W życiu nie zawsze wszystko wychodzi, ale trzeba być optymistą. Uśmiech nie może nigdy cię opuścić.

- Zawód Twojego ojca musi się wiązać z wieloma niebezpieczeństwami.
- Takie jest życie… Trzeba przecież gdzieś pracować. On wybrał akurat taką drogę.

- Jaki był Twój stosunek do szkoły w dzieciństwie?
- Szczerze? Nie za bardzo lubiłem się uczyć. Gdy byłem w szkole, myślałem tylko o tym, żeby iść grać w piłkę. Utrudniało mi to moją sytuację i nie mogę powiedzieć, że byłem dobrym uczniem. Większych problemów z przechodzeniem do kolejnych klas jednak nie miałem. Szkołę podstawową ukończyłem w wieku piętnastu lat. Następnym etapem było trzyletnie liceum, kończące się egzaminami. Zdałem je, ale postawiłem na futbol.

- Na jakich lekcjach… najmniej myślałeś o piłce?
- Jeśli miałbym wybrać ulubione zajęcia, chyba byłaby to matematyka. Dziś natomiast bardzo dużo czasu poświęcam na naukę języka angielskiego. W Brazylii niestety nie kładzie się na to takiego nacisku jak w Europie. Nawet w waszym kraju prawie wszyscy potrafią się porozumieć w języku angielskim.

- Myślisz jeszcze o kontynuowaniu nauki na studiach?
- Tak, oczywiście. Po zakończeniu kariery chciałbym pracować w futbolu. Podoba mi się na przykład fizjoterapia. Myślałem też o tym, żeby zostać menedżerem. Może będę trenerem? Nie wiadomo, mam jeszcze bardzo dużo czasu.

- Gdzie poznałeś swoją narzeczoną, Tatianę?
- Gdy miałem dziewiętnaście lat, poznał nas mój przyjaciel. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Wyjazd ze mną do Polski był dla niej trudną decyzją. Wcześniej Tatiana pracowała w Brazylii i musiała to wszystko porzucić. Teraz myśli o znalezieniu pracy w Polsce, ale musi najpierw poprawić swój angielski. W Brazylii skończyła studia związane z administracją i zarządzaniem. Ja pracuję i chciałbym, żeby ona też mogła coś robić. Nie może przecież rezygnować ze wszystkiego tylko przeze mnie. Bez niej byłoby mi dużo trudniej. Cieszę się, że Tatiana jest ze mną w Polsce.

- Nie jesteś jedynym piłkarzem, który urodził się w Sao Vicente, wychował w faweli i piłkę zaczął kopać w Santosie…
- Wiem, kogo masz na myśli. Oczywiście to Robinho. Mieszkał w dzielnicy Bitaru, która jest położona blisko Cidade Nautica. Nie mogę powiedzieć, że razem się wychowywaliśmy, ale Robinho nieraz pojawiał się w mojej okolicy. Nie miałem jednak okazji zmierzyć się z nim w piłkę, gdyż jest ode mnie trochę starszy.

- W Brazylii popularną praktyką stosowaną przez kluby jest organizowanie masowych testów dla młodych piłkarzy, pochodzących w głównej mierze z biednych dzielnic, aby wyłowić największe talenty. Na takie sprawdziany umiejętności często wybierają się setki dzieciaków. Brałeś kiedyś w czymś takim udział?
- Tak, raz poszedłem na takie testy organizowane przez Santos FC. Miałem wtedy dwanaście lat. Właśnie wtedy rozpoczęła się moja przygoda z profesjonalnym futbolem! Wcześniej grałem też w piłkę, ale w hali.

- No to mamy kolejne podobieństwo do Robinho. „Futebol de salao” pozwala przede wszystkim rozwijać technikę i umiejętność podejmowania szybkich decyzji.
- Na pewno, ale ja jestem obrońcą, więc pod względem techniki nie miało to na mnie zbytniego wpływu. Niektóre brazylijskie kluby organizują treningi dla swoich piłkarzy właśnie w hali. Ta praktyka była jednak bardziej popularna przed kilkoma laty. Teraz raczej się od tego odchodzi. Wszystkiego tak naprawdę nauczyłem się grając w piłkę na normalnym boisku. I dalej się uczę.

- Kto wybrał Ci pozycję na boisku?
- Wydaje mi się, że sam to zrobiłem. Zawsze lubiłem grać na środku obrony, także z racji mojego wzrostu. Gdy byłem młodszy, obserwowałem w telewizji paragwajskiego obrońcę Carlosa Gamarrę, który występował w Internacionalu Porto Alegre i Corinthians Sao Paulo. Za wzór do naśladowania obrałem sobie jednak Lucio, który także bronił barw tego pierwszego klubu. Podoba mi się też drugi stoper reprezentacji Brazylii, Juan. Ich styl gry jest podobny do mojego. Są wysocy, szybcy i również strzelają gole.

- Grając w juniorskich zespołach Santosu miałeś okazję odwiedzić Europę.
- Podczas jednych wakacji polecieliśmy do Europy na turniej, w którym brały udział Sporting Lizbona i Bayern Monachium. Mecze rozgrywaliśmy w Szwajcarii i w Niemczech. Pamiętam, że wygraliśmy wówczas dwa spotkania, ale nie triumfowaliśmy w całych rozgrywkach. Była to dla mnie pierwsza okazja, żeby porównać futbol brazylijski z europejskim. Super doświadczenie.

- W barwach byłego klubu Pelego dwukrotnie uczestniczyłeś w Copa Libertadores. W roku 2007 dotarliście do półfinału. Rok później zatrzymaliście się na ćwierćfinale.
- Myślę, że turniej ten stoi na takim samym poziomie jak europejska Liga Mistrzów. Niezwykle trudno jest wygrać Copa Libertadores. Aby to osiągnąć, trzeba mieć silny i wyrównany zespół, aby rywalizować chociażby z Argentyńczykami, którzy są niezwykle ambitni i żądni zwycięstwa. Sama technika nie wystarczy.

- Kto grał wtedy pierwsze skrzypce w zespole Santosu?
- Zdecydowanie Ze Roberto. Byłem wówczas młodym, zaledwie dwudziestoletnim zawodnikiem i wiele się od niego nauczyłem. Ze Roberto to człowiek sukcesu. Jest on przy tym bardzo dobrym i religijnym człowiekiem. A to ważne, bo Bóg pomaga…

- Wspomniałeś kiedyś, że z Copa Libertadores najbardziej w pamięć zapadły Ci mecze z meksykańskim klubem America.
- Zmierzyliśmy się z nim dwukrotnie na słynnym stadionie Azteca. Wtedy po raz pierwszy miałem okazję wystąpić przed stu tysiącami kibiców. To wspaniałe doświadczenie na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Mecze te rozgrywaliśmy na dużej wysokości. Meksykanie byli przyzwyczajeni do tych warunków, a my, Brazylijczycy, mieliśmy problemy z oddychaniem. Ciężko też się grało w kolumbijskiej miejscowości Pasto z tamtejszym Deportivo. To miasto jest również położone bardzo wysoko. Z powodu takich, a nie innych warunków piłka przemieszcza się zdecydowanie szybciej. Piłkarze reagują więc inaczej. Po pierwszej połowie meczu trzeba oddychać czystym tlenem. Mnie te problemy też nie ominęły.

- A jak przy Estadio Azteca wypada Maracana, na której też dane Ci było wystąpić?
- Rozegrałem na niej cztery mecze. Podczas spotkania Santosu z Flamengo na trybunach zasiadło ponad sto tysięcy ludzi. To było niesamowite. W Europie miałem okazję grać na obiekcie Tottenhamu, ale tego się nie da porównać z Maracaną. Kiedy patrzysz na stadiony Barcelony, Realu Madryt czy Maracanę, przez głowę przechodzi ci tylko jedna myśl – „chcę tam zawsze grać”. Była to dla mnie olbrzymia motywacja.

- Przed mistrzostwami świata U-20, które odbyły się w 2007 roku w Kanadzie, trenowałeś z młodzieżową reprezentacją Brazylii. Jak wspominasz tamten okres?
- Dostałem od trenera Nelsona Rodriguesa powołanie na krótki obóz przygotowawczy do tego turnieju. W kadrze U-20 rozegrałem jeden kontrolny mecz, przeciwko jakiemuś małemu brazylijskiemu klubikowi. Wtedy nie było z nami jednak Marcelo z Realu Madryt czy Alexandre Pato. Przeciwko nim grałem jednak wcześniej w lidze brazylijskiej. Miałem okazję zamienić z nimi parę słów, ale nie mogę ich nazwać swoimi przyjaciółmi.

- To z kim z tamtej ekipy się trzymałeś?
- Z obecnym stoperem Panathinaikosu, Davidem Brazem. Utrzymuję z nim kontakt do dzisiaj i traktuję go jak przyjaciela. Był on w pewnym momencie nawet przymierzany do Wisły! Inny piłkarz z drużyny U-20, który w Wiśle miał okazję zagrać, to Beto. Nie miałem jednak żadnego udziału w ściągnięciu tego gracza do Polski. Szkoda, że mu się tutaj nie powiodło.

- Ze względu na Twoją mentalność oraz stosunek do sportu i życia można Ciebie stawiać jako wzór dla młodych zawodników. Wielu piłkarzom w tak młodym wieku woda sodowa uderza do głowy.
- Ja po prostu mam takie podejście. Jeśli ktoś chce pić, niech pije. Jeśli chce imprezować, niech imprezuje. To jego sprawa. Ale niech na boisku spełnia swoją rolę. Jeśli strzelisz trzy gole, nie mogę ci zabronić zabawy. Ale ja tego nie lubię i nie potrzebuję.

- Czym więc zajmujesz się w wolnym czasie?
- Ostatnio dużo czytam. Niedawno przeczytałem autobiografię Pelego.

- Niektórzy piłkarze oglądają swoje mecze po ich zakończeniu. Ty też stosujesz taką praktykę?
- Tak, oglądam każdy mecz, w którym brałem udział. W ten sposób dokonuję samooceny i wiem, nad czym muszę jeszcze pracować. Chcę osiągnąć poziom, jaki prezentują zawodnicy występujący w Champions League. Myślę, że jest to możliwe nawet w Polsce. Wydaje mi się, że wasz futbol jest coraz lepiej postrzegany na świecie. Duża w tym zasługa mistrzostw Europy, które będziecie organizować w 2012 roku.

- Dwa lata później Brazylia będzie gospodarzem mundialu. Czy uważasz, że ta impreza pozwoli zmienić stereotyp Kraju Kawy jako państwa niebezpiecznego, zalanego narkotykami i przestępczością?
- Oczywiście. Pokażemy, że Brazylia to kraj szczęśliwy, pełen radości i przede wszystkim bezpieczny.

Jeśli poczujesz się zbyt pewnie, możesz szybko spaść z konia

Zaszufladkowany do: Wywiady — Tomek Ćwiąkała @ 15:04
Tags: ,

Marcelo do Wisły Kraków trafił niespełna półtora roku temu. Przez ten czas wyrósł na jedną z największych gwiazd polskiej ekstraklasy. Pomimo młodego wieku na boisku imponuje dojrzałością i spokojem, a także niespotykaną jak na obrońcę skutecznością. Z powodu bariery językowej rzadko spotyka się jednak jego wypowiedzi w mediach. Reporterowi futbolnet.pl udało się namówić sympatycznego Brazylijczyka na długą rozmowę. Zapraszamy do lektury pierwszej części obszernego wywiadu.

- Na początek chciałbym poprosić o komentarz do piątkowego starcia Wisły z Zagłębiem Lubin. Zdobyłeś swoją szóstą bramkę w tym sezonie!
- Bardzo potrzebowaliśmy zwycięstwa, żeby dobrze zakończyć ten rok. W dwóch ostatnich meczach pokazaliśmy charakter, wolę walki, a przede wszystkim umiejętności pozwalające na ponowne zdobycie mistrzostwa Polski.

- Czego w takim razie zabrakło w przegranych potyczkach z Lechem, Legią i Cracovią?
- Myślę, że… szczęścia. W meczach, o których wspomniałeś, stworzyliśmy sporo sytuacji bramkowych, ale nie potrafiliśmy ich wykorzystać. Więcej zimnej krwi wykazali niestety nasi rywale. Taki już jest futbol. Gdybyśmy mecz derbowy z Cracovią rozgrywali na naszym stadionie, przy Reymonta, to byśmy wygrali. Granie w Sosnowcu to nie to samo. Nie chcę tu jednak szukać żadnych wymówek ani usprawiedliwień. Przegraliśmy, to fakt, i postaramy się zrewanżować w rundzie wiosennej.

- Kontuzje Arkadiusza Głowackiego, Radosława Sobolewskiego oraz Pawła Brożka miały utrącić kręgosłup drużyny, ale… tak się do końca nie stało. Udowodniliście, że nawet bez kilku kluczowych zawodników jesteście w stanie wygrywać trudne mecze.
- Oczywiście. Przecież nas jest nie tylko jedenastu. Klub tworzy cała grupa zawodników. Ważnymi piłkarzami w naszym zespole byli też Mauro Cantoro, Mariusz Jop i wielu innych, którzy udowodnili, że warto na nich stawiać. W spotkaniu z Zagłębiem z niezłej strony pokazał się na przykład Łukasz Burliga, który zastępował Pablo Alvareza.

- Na miano największego bohatera Wisły w rundzie jesiennej oraz w meczach z Ruchem i Zagłębiem zasłużył jednak nie Cantoro, nie Jop, ale Marcelo.
- Nie zastanawiam się nad takimi sprawami. Przyznam jednak, że udało mi się pokazać niezły futbol. Cieszę się, że mogłem pomóc Wiśle.

- Strzeliłeś już w tym sezonie aż sześć goli. Paweł Brożek nie zazdrości? Na jego koncie jest zaledwie pięć trafień.
- Nie, nie żartuj nawet. Paweł zmagał się w ostatnim czasie z kontuzją i dlatego nie wpisywał się na listę strzelców. Gdy się wykuruje, na pewno wróci na boisko ze swoją dobrą skutecznością.

- Która z tych bramek najbardziej zapadła Tobie w pamięci?
- Nie mam żadnej ulubionej. Wszystkie tak naprawdę były piękne i bardzo ważne dla mojej kariery. Nie zapominajmy, że jestem stoperem, a obrońcom strzelanie goli przychodzi bardzo trudno.

- W całym poprzednim sezonie trzykrotnie pokonywałeś bramkarzy. Ten sezon można już teraz zatem ocenić jako lepszy?
- Na pewno. W tamtych rozgrywkach też rozegrałem kilka dobrych meczów, ale teraz czuję się lepiej. Udało mi się zdobyć zaufanie trenera.

- Jakie jest Twoje zdanie na temat Macieja Skorży? To trener wymagający czy wyluzowany?
- Od początku mojej gry w Wiśle traktował mnie jak swojego syna. Dał mi szansę na regularną grę. Bardzo dużo się od niego nauczyłem. Trener Skorża często żartuje w szatni lub na treningach. Poświęca wiele uwagi każdemu piłkarzowi. Rozmawia też z juniorami, co, moim zdaniem, jest dla nich bardzo ważne. Z tym szkoleniowcem nasza drużyna będzie wygrywać.

- Problemy z komunikacją na boisku są już Ci obce?
- Nie mam z tym żadnych kłopotów. Rozmawiam ze wszystkimi po angielsku, trochę po polsku. W waszym języku potrafię powiedzieć „dzień dobry”, „dobry wieczór”, „jak się masz”. Takie proste zwroty.

- Czy to prawda, że podczas spotkania z Piastem Gliwice usłyszałeś rasistowskie wyzwiska z ust Kamila Glika?
- Takie rzeczy mają miejsce w piłce, ale… wtedy nic poważnego się nie wydarzyło. Zresztą ja też nie rozumiem wszystkiego po polsku.

- Po golu, którego wbiłeś Ruchowi Chorzów zafundowaliście kibicom z Juniorem Diazem pokaz samby. Była to spontaniczna reakcja czy planowaliście to wcześniej?
- Planowaliśmy, planowaliśmy. Ale oczywiście nie wiedziałem, że uda mi się w tym meczu trafić do siatki.

- W czerwcowej rozmowie z futbolnet.pl ze skromnością przyznałeś, że Twoja pozycja w klubie nie była pewna. Teraz chyba możesz otwarcie powiedzieć, że jesteś kluczowym zawodnikiem Wisły.
- Nieee, futbol jest zbyt skomplikowany. Jeśli poczujesz się zbyt pewnie, to możesz – jak to mawiamy w Brazylii – szybko spaść z konia. Niezależnie od pozycji, jaką piłkarz sobie wypracuje, zawsze trzeba dawać z siebie wszystko i walczyć o osiągnięcie jeszcze wyższego poziomu.

- Zawodnikiem Wisły od pierwszego stycznia 2010 roku ponownie będzie Twój rodak, Cleber. Czy ściągnięcie tego stopera oznacza pożegnanie z Marcelo?
- Nie! W ten sposób o sprawie pisały tylko jakieś gazety. Podkreślam, że z Wisłą wciąż mnie łączy ważny kontrakt, który zamierzam wypełnić.

- A jakieś oferty się pojawiły?
- Nie, nic nie ma.

- Mówiło się, że zainteresowanie Twoją osobą wykazywały czołowe kluby z Grecji – Olympiakos Pireus i Panathinaikos Ateny. Czy ten kierunek by Ciebie interesował?
- Jestem teraz bardzo szczęśliwy w Wiśle. Poznałem już dobrze innych zawodników, polski futbol, a także Kraków. Wyjadę stąd tylko w przypadku, jeśli otrzymam propozycję, która będzie bardzo dobra nie tylko dla mnie, ale też dla klubu. Musiałaby ona zadowolić obie strony.

- To ile teraz trzeba za Ciebie zapłacić? Trzy miliony euro?
- Nie mogę sam na siebie wyznaczać ceny. Jeśli mówi się, że jestem wart trzy miliony, pewnie tak jest. Każda bramka i każdy dobry mecz w moim wykonaniu na pewno zwiększają moją wartość.

- Czy koledzy z Santosu dziwili się na wieść o Twoim transferze do Polski?
- Trochę na pewno tak, bo polski futbol nie jest zbyt popularny w Brazylii. Pojawiłem się w zupełnie nowym otoczeniu, ale wiedziałem, że udaję się do miejsca, w którym będę mógł zwyciężać i realizować swoje marzenia.

- Dlaczego nie skorzystałeś z oferty Dynama Moskwa? Sporo byś zarobił!
- Pieniądze nie są dla mnie najważniejsze. Wydaje mi się, że z Polski łatwiej będzie trafić do silniejszej ligi europejskiej.

- Marcelo, jakie są Twoje plany na przyszłość związane z Wisłą?
- Grać, wygrywać, strzelać więcej goli, obronić mistrzostwo Polski i awansować do Champions League.

« Poprzednia stronaNastępna strona »

Blog na WordPress.com.